Państwowy Instytut Wydawniczy, John Nathan, Maciej Froński

[RECENZJA] John Nathan, "Mishima"

Gdy biograf pisze o dziele swojego bohatera “to chore” i uważa, że matka z babką sprawiły, że wyrósł na “homoseksualistę”, warto zastanowić się nad tym, czy na pewno chcemy dotrwać do końca lektury. Ja dotrwałem, bo jestem wyznawcą Mishimy, ale wy nie musicie.

O wyjątkowości książki Johna Nathana decyduje fakt, że jako jeden z nielicznych zachodnich twórców miał on dostęp zarówno do samego Mishimy i jego rodziny, a szczególnie matki autora “Wyznań maski” (tłum. Beata Kubiak Ho-Chi). Nathan był tłumaczem japońskiego pisarza, choć - jak sam pisze - rozzłościł go w 1965 roku odmawiając przekładu jego nowej książki “i nie chciał mieć ze mną więcej nic wspólnego”. I właśnie osobiste, niezbyt mocno skrywane, afekty sprawiają, że ta biografia momentami jest bardziej irytująca, niż ciekawa i choć oczywiście dla miłośników Mishimy jest lekturą obowiązkową, tak dla osób, które nie rozkochały się w nim - niekonieczną.

Matka jest ważna. I babka. Ale zacznijmy od matki. Shizue“była bez dwóch zdań najważniejszą kobietą w jego życiu”. Ale w świecie pełnym głęboko osadzonych w kulturze konserwatywnych wartości, Shizue z Nathanem nie mogła rozmawiać. Gdy Nathan pojawiał się u rodziców Mishimy (który naprawdę nazywał się Kimitake Hiraoka), matka pisarza siedziała “w sąsiednim pokoju, słuchając mojej rozmowy z mężem i od czasu do czasu poprawiają go przez przesuwne drzwi z papieru”. Niekiedy wtrącała się z uwagami, których znaczenie było dla biografa niebagatelne, bo kto nie zastrzyże uszami, gdy nagle słyszy: - Proszę pana, czy pan widzi, jakim sadystą jest mój mąż? Finalnie Shizue z biografem zaczęła spotykać się potajemnie w “małym sklepie z kimonami” [polski słownik chce mi poprawić to słowo na “kominki”, okres grzewczy nadchodzi!]

Czy na pewno matka była najważniejsza? Nathan przypomina o roli, jaką w wychowaniu przyszłego pisarza i kandydata do literackiego Nobla, grała babka, Natsu, która “domagała się pełnej kontroli nad życiem wnuka i ją otrzymała”. Natsu, teściowa Shizuke, “w piętnastym dniu życia Kimitakego wzięło go od matki i przeniosła, z kołyską i resztą rzeczy, do swojej przyciemnionej izolatki”. I tak spędzili razem dwanaście lat, niemal do śmierci babki. Gdy Natsu wychodziła z domu oglądać przedstawienia teatru kabuki, w domu panowało święto. “Shizue wiedziała, że jej syn był wychowywany w sposób nienaturalny, ale nie mogła nic na to poradzić. Była tylko synową, nawet nie tyle gościem, ile obecnym w domu rodziców swojego męża, o statusie niewiele wyższym niż służący”, otwarcie pisze Nathan.

Wszystko to byłoby bardzo ciekawe, gdyby autor nie pisał tego na początku lat 70. przesiąknięty freudyzmami i hollywoodzkim wyobrażeniem o tym, jak powinno się tworzyć biografie wielkich, do tego tragicznie zmarłych, ludzi. Surowa babka, a potem nadopiekuńcza matka i ojciec zakazujący synowi tworzenia literatury zdaniem Nathana w oczywisty sposób sprawiły, że Mishima został gejem. No, nie używa oczywiście Nathan słowa “gej”, a trochę już męczącego mnie “homoeksualista”, ale na jedno wychodzi. Chłopak bawił się lalkami, kochał poezje i był potwornym narcyzem, więc oczywiście wyrosło z niego to, co wyrosło. Delikatnie mówiąc irytujące są te pomysły Nathana czytane pięćdziesiąt lat po premierze pierwszego wydania “Mishimy. Życie”.

Ale to nie koniec przygód biografa z innością swojego bohatera. Pisze bowiem Nathan o opowiadaniu, które Mishima napisał w wieku szesnastu lat, dwa lata po śmierci babki. Silnie autobiograficzna, choć też mocno fantastyczna historia napisana jest - jak na młodzieńca - całkiem wciągająco i przedstawia scenę spotkania w domu duchów, reprezentujących “choroby”. Bohater opowiadania dotyka jednego z duchów palcem, który później cały dzień próbuje zmyć. Scena ewidentnie szekspirowska, przypomnijmy sobie Lady Makbet. [“Lakier hybrydowy Lady Makbet to intrygujące połączenie czerwieni i ciemnego fioletu ze szlachetnym shimmerem, od którego trudno się uwolnić].

Ale co na to nasz biograf? No cóż… pozwólcie, że zacytuję:

“To dobitnie mówi samo za siebie. To jest chore, tak jak chory był w wieku szesnastu lat sam autor”.

Wcale się nie dziwię, że Mishima nie chciał gadać z Nathanem. Jeśli japoński pisarz nawiedza go w snach, to obstawiam, że śnią się Nathanowi koszmary. Choć może nie po to Mishima się zabijał, by zajmować się tak doczesnymi sprawami, jak uprzykrzanie życia swojemu biografowi. Sporo uwagi poświęca też Nathan przyjaciołom Mishimy, których pisarz porzucał bez słowa wyjaśnienia. Trudno tu nie dostrzec kiepsko ukrytego afektu, który rządzi tym opisem.

Choć "Mishima. Życie" jest niezwykle cennym opisem życia genialnego pisarza, jednej z największych gwiazd japońskiej literatury, to niestety przesiąknięte jest nadmiernym psychologizowanie, interpretacjami dzieł Mishimy, w których wybrzmiewają starożytne już dziś sposoby myślenia o homoerotyczności i opresji. Wizja Nathana jest bardzo romantyczna, niejako odpowiadająca kreacji, do której Mishima próbował wszystkich przekonać, a której finalnym momentem było teatralnie popełnione samobójstwo. Czy do tego gestu doprowadziło go pragnienie śmierci, które towarzyszy jego tekstom? Chęć zapisania się w historii na zawsze? A może wybujała forma nacjonalizmu i przywiązania do tradycji, będąca efektem wyparcia własnej seksualności? Nigdy się tego nie dowiemy, Nathan ma swoje tezy, które przemyca w biografii, ale jestem wobec nich podejrzliwy.

Na marginesie dodam, że bardzo ciekawa w życiu Mishimy jest rola ojca, który przeciwstawia się pomysłom młodego pisarza i jego wizji “bycia sobą”. Bardzo przypomina w tym samym ojca Tomasza Manna, który również nie wyobrażał sobie, że syn zostanie pisarzem, zwłaszcza że w rodzinie już jeden pisarz był (Heinrich, starszy brat autora “Czarodziejskiej góry”) i wystarczyło tego dobrego. Byłoby to dość atrakcyjnym przyjrzeć się losom Mishimy próbując je - ryzykując nawet europocentryzm - porównać z innymi twórcami, którym starzy postanowili ukrócić marzenia o pisarskiej sławie.

Wątpliwości mam sporo, lektura momentami była zwyczajnie przykra i rozczarowująca, w innych momentach fascynująca, zwłaszcza że sporo tu nietłumaczonych dotąd tekstów samego Mishimy, a te zawsze czyta się z fascynacją. Bardzo podoba mi się za to okładka tej książki, autorstwa Ewy Majewskiej, gdzie lakierem wydobyte słowo “Mishima” widoczne jest tylko, gdy książkę weźmiemy do ręki. Poręczny, a przy tym kojarzący się z modlitewnikiem format również mnie satysfakcjonują. Bo Mishima ma wyznawców i ja odrobinę się do nich zaliczam. Ale co do tego dzieła to wątpliwości mam zbyt dużo, by jakoś gorąco polecać.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej