Jerzy Koch, Marieke Lucas Rijneveld

[RECENZJA] Marieke Lucas Rijneveld, "Mój mały zwierzaku"

Powieść radykalna, wybitna i do tego rewelacyjnie przełożona.

---

Jego ulubionym obrazem jest “Guernica” Picassa. Dzieło “z białym bykiem, koniem, rozpaczą, bólem i chaosem w jednym”. Zna dobrze mitologię i podziwia putta. Czasem czuje się jak baran z Księgi Rodzaju, zwierzę, które Abraham zobaczył, gdy było “uwikłane rogami w zaroślach”. Patriarcha uwolnił barana, ale po to tylko, by złożyć go w ofierze. Ale jedno wiemy na pewno - “rozdygotany trędowatymi myślami” narrator powieści Marieke Lucasa Rijnevelda (w kongenialnym przekładzie Jerzego Kocha) ofiarą nie jest. To człowiek na wskroś zły, a jego opowieść jednocześnie odrzuca i wwierca się w mózg osoby czytającej jak jakiś podstępny robak.

Znajdujemy się w świecie znanym z poprzedniej, debiutanckiej powieści Rijnevelda, “Niepokój przychodzi o zmierzchu”, ale poszukiwanie podobieństw może być zwodnicze. Bohaterka i adresatka opowieści snutych przez weterynarza-pedofila przypomina Jas, a jednocześnie jest kimś innym. W tle historii uwodzenia nastoletniej dziewczynki jest śmierć jej brata w wypadku samochodowym, która doprowadziła do rozpadu rodziny - matka opuszcza gospodarstwo (a może umiera - tego na pewno nie wiemy), a ojciec niemal przestaje interesować się swoją 14-letnią córką i drugim synem. Mamy tu epidemię pryszczycy, tragedię holenderskich rolników, ale przede wszystkim obraz dojrzewania w drastycznie trudnym świecie.

Osoby czytające “Niepokój…” z pewnością pamiętają weterynarza, który już w tamtej powieści był postacią - no właśnie - niepokojącą. Tutaj awansuje do roli narratora i w kilkudziesięciu monologach przypominających strumień świadomości opowiada o swojej fascynacji dziewczynką, rekonstruując (albo dając nam złudzenie rekonstrukcji) wydarzenia, które doprowadziły do przemocy seksualnej, ale też uwięzienia i procesu sądowego.

Choć to potwornie trudna w wytrzymaniu lektura, zachwyca niesamowitą wręcz erudycją autora, który włącza do swojej opowieści dziesiątki motywów - od Biblii, mitologii przez malarstwo, teksty piosenek, filmy po książki - tworząc niejednoznaczny, szalony, drażniący i ohydny momentami świat. I choć najważniejsza, najbardziej czytelna, jest oczywiście gra z “Lolitą” Nabokova, Rijneveld poukrywał w “Moim małym zwierzaku” dziesiątki tropów interpretacyjnych, których można się chwytać podczas lektury, czy rozważań o książce. Nabokov pisał w słynnym zdaniu: “Lolito, światłości mojego życia, żagwio moich lędźwi”. Narrator książki Rijnevelda mówi”: “byłaś płomieniem moich lędźwi”. I pyta: “jak miałbym go zdławić, nie gasząc siebie?”

Zapiski 49-letniego weterynarza nie są próbą uzasadnienia czy jedynie racjonalizacji tego, co się wydarzyło. W tych lepkich słowach czytelnik odkrywa pewien rodzaj świadomości narratora, który momentami zdaje sobie sprawę z tego, do czego prowadzi jego zachowanie (“dlaczego ja jeszcze bardziej paskudziłem tę młodą naiwnie dziecięcą istotę, istotę wtedy tak bardzo jeszcze przepełnioną chęcią życia, tego nie potrafię wyjaśnić”), ale jest jak motylica wątrobowa wdzierająca się pod skórę wołu, co by skorzystać z jednej z wielu genialnych metafor użytych w “Moim małym zwierzaku”.

Zanurzanie się w psychikę przestępcy seksualnego, który z detalami opisuje swoje czyny to zadanie dla wytrzymałych. Rijneveld w przeciwieństwie do Nabokova nie uwodzi nas napięciem wytwarzającym się między zbrodniarzem, a ofiarą. Tu czytelnika uwieść może jedynie niezwykły język i sposób opowiadania, w którym powoli odsłaniają się wydarzenia, ale też pojawiają tropy do innych możliwych odczytań (warto przypomnieć sobie “Osadę” Shyamalana).

Dla mnie najciekawsza w “Moim małym zwierzaku” była opowieść o dorastaniu młodej dziewczyny, widzianym tu z dwóch perspektyw - chorego psychicznie umysłu, ale też pamiętnika dziewczyny, który znajduje się wśród dowodów procesu przeciwko weterynarzowi. Z tych rozdziałów wyłania się intymny obraz samotnej dziewczyny, która dorasta w świecie tradycyjnej moralności i zasad, a jednocześnie w świecie popkultury, gdzie Kurt Cobain, The Cranberries i Kate Bush są równie ważnymi punktami odniesień jak rodzina, wieś, czy szkoła.

Przeistaczanie się z dziecka w nastolatką, czy nawet już dorosłą osobę jest tu drażniące, bo choć dziewczynka jest ofiarą, to przecież jej świat też jest dziwaczny, wypełniony myślami o Hitlerze i Freudzie, pełen samobójczych fantazji i wizji niemal apokaliptycznych. Nie usprawiedliwia to w żadnym momencie czynów narratora, ale w doskonały sposób pokazuje jak wygląda dojrzewanie młodych ludzi obciążonych kompleksami i traumą - temat znany z poprzedniej książki, tu znajduje bardziej radykalny opis.

“Kurt – odezwałaś się do mnie w dniu, który był rozgrzany jak wnętrze pustorożca”, pisze weterynarz marzący o tym, by dziewczyna zwracała się do niego imieniem wokalisty Nirvany. Niewielu chłopców miało to imię. “Byłem twoim Clyde’em, byłem twoim Kurtem”, pisze weterynarz. Rijneveld opisuje w tej książce przeźroczystość molestowania seksualnego. Przez długi czas nikt nie dostrzega, że w relacji weterynarza z dziewczyną jest coś - delikatnie mówiąc - niestosownego. Znamy wiele sposobów na zaprzeczenie temu, co naprawdę się dzieje, co widzimy i słyszymy. I właśnie o tym jest dla mnie ta niezwykła powieść - o kulturowym przyzwoleniu na przemoc seksualną, niewidzialność jej struktur, nawet gdy dotyczy to dzieci.

Akurat tuż przed lekturą powieści Rijnevelda czytałem “Czarodzieja” Colma Toibina (tłum. Jerzy Kozłowski), beletryzowaną biografię Thomasa Manna, w której autor nie widział nic niestosownego w scenach lubieżnego przyglądania się autora “Buddenbrooków” chłopcu na weneckiej plaży. W “Śmierci w Wenecji” (tłum. L. Staff) mamy przecież identyczne jak u Rijnevelda opisy Tadzia, który “biegł przez fale, ubijając nogami oporną wodę na pianę, z głową w tył podaną; warto było widzieć, jak pełna życia postać, młodzieńczo powabna i niedojrzała, z ociekającymi lokami i piękna jak delikatny bóg, nadchodząc z głębin nieba i morza wynurza się i uciekała z żywiołu”.

Mitologizacja i uwznioślenie w dziele Manna służy tylko zaciemnieniu prawdziwego znaczenia tego obrazu. To nie tylko “Lolita”, tak oczywisty punkt odniesień w kontekście powieści Rijnvelda, ale i cała kultura, która naznaczona jest przemocą seksualną wobec dzieci i osób dorastających. Demitologizacja u Rijnevelda odbywa się za pomocą przesady, nadmiaru, rokokowego wręcz kolorytu metafor i porównań, dzięki któremu odkrywamy ich sztuczność, widząc, co ta teatralna scenografia chce zasłonić.

“Mój mały zwierzaku” jest powieścią literacko radykalną. Celowo przegadaną, momentami sztuczną, podsuwającą niewygodne interpretacje (a co, jeśli narratora wymyśliła ofiara?), przez co wybitną. Bohaterka wyznań w powieści Rijnevelda stała się “ostateczną praktyką” swojego prześladowcy. Nie ma tu pocieszenia, nie ma banalnej próby znalezienia dobra w czymś na wskroś złym. To dzisiaj też w literaturze jest radykalne.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Ile fajerek w hecy?