Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie

Szczepan Twardoch, "Król"

"Uczę się oglądać w pisaniu siebie oczyma innych i pisać tak, żeby się krytykom podobało. Żeby wreszcie dostać wszystkie nagrody, piszę powieść dla krytyków pt. "Skrzypce"." (Michał Witkowski, "Drwal")

---

"Nowy Twardoch" to jedna z najbardziej oczekiwanych premier tego roku, a jako że mam z twórczością Szczepana T. na pieńku, rzuciłem się na czytanie "Króla". Oczekiwałem poziomu "Morfiny" czy doskonałego technicznie i chyba trochę niedocenionego w Polsce "Dracha", a dostałem grubo skrojoną sensację, w której zalążki wybitnej powieści historyczno-obyczajowej ukryte zostały, niestety, pod grubą warstwą dekoracji. Powiedzmy od razu: dekoracji, której nie potrafiłoby stworzyć dziewięćdziesiąt procent polskich pisarzy, ale u Twardocha ‒ rozczarowującej.

Na niektórych portalach można znaleźć na początku artykułu jego najważniejsze punkty. Zatem dla niecierpliwych:

- nowy Twardoch to powieść sensacyjna, której akcja dzieje się w przedwojennej Warszawie
- autorowi nakręcono trailer do książki, który ma dłuższe creditsy niż treść własną
- żeby nie "spojlerować" należy przyjąć, że narratorem jest emerytowany izraelski wojskowy, pochodzący z Warszawy
- w Warszawie Żydzi bili faszystów a faszyści Żydów
- niektórzy, jak na przykład główny bohater ‒ Jakub Szapiro, bili mocniej
- piszącemu te słowa "Król" równie mocno się nie podobał, jak i się podobał

Historia alternatywna, w której żydowski bokser wraz z owoczesną mafią polsko-żydowską trzęsą Warszawą i mają posłuch nawet u premiera, to świetny materiał na sensacyjny film czy serial. Na powieść? Nie jestem przekonany.

Twardoch ma rozmach i wymyśla smakowitą historię o tym jacy to mężczyźni są męscy, trochę głupowaci ale jednak dzielni, srodzy, nieogoleni i ogorzali (oraz jak piją gorzałę i wciągają kreski, co akurat bardziej przypomina klimat korpowarszawy). Kobiety są przeważnie piękne, trochę nieszczęśliwe, zasadniczo nieskomplikowane w kwestiach zgody na seks (w sensie, że łatwe) i równie zasadniczo lubią przemoc. Jest to świat uproszczony, bo choć wkracza Twardoch na Nalewki i w okolice synagogi, to choć świetnych tropów literackich tam nie brak, autor wybiera te dość oczywiste i raczej mało zaskakujące, co w powieści z gatunku "historia alternatywna" nie jest pochwałą.

Nie da się ukryć, że autor niezwykle sprawnie stwarza wyrazistych bohaterów i bohaterek, obdarza ich indywidualnymi, wciągającymi historiami, ale to jednak wszystko to dzieje się w obrębie powieści popularnej, a jak możemy się domyślać - autor ma większe ambicje.

Coś mnie w tej maczystowskiej opowieści odrzuca. Chyba jakiś nadmiar dosadności, a z pewnością odpuszczenie wątku bokserskiego, który choć bardzo ważny na początku książki, traci na sile wraz z rozwojem akcji. A szkoda, bo tematy sportowe w powieści historycznej są wdzięczne i jeszcze niewykorzystane dostatecznie. Za to żonglowanie motywami i postaciami historycznymi (Piasecki!) i fikcyjnymi wyszło Twardochowi oryginalnie i wiarygodnie. Widać olbrzymi postęp od "Wiecznego Grunwaldu".

Czasem wydaje mi się, że niewiele brakuje, by Twardoch stał się polskim Flanaganem ‒ pisarzem, który stworzy epopeję historyczną, w której rozbudowanie wątku obyczajowo-uczuciowego nie wpłynie źle na poziom powieści, a nawet ją wzmocni. Gdzieś w "Królu" jest dążenie do takiego formatu, ale szybko zastępowane jest ono potrzebą prowadzenia wartkiej akcji i sensacyjki. Są też niepasujące moim zdaniem wstawki o "wielorybie Litanim", mające być nawiązaniem do żydowskiej mistyki a w efekcie będące pretensjonalnym przerywnikiem.

O boksie Twardoch wspominał wielokrotnie podczas prac nad nową powieścią, a teraz mamy na okładce Agorowych "Książek" autora w bokserskiej pozie. Jakoś wyjątkowo nie cierpię tych twardochowych póz, są naprawdę ciężkostrawne i boję się, że przerodzą się w karykaturę. W "Królu" chciał Twardoch opowiedzieć o przedwojennym polskim antysemistyzmie i faszyzmie, o "dobrych Polakach" i "złych żydach", o komunistach żydowskich i polskich chrześcijanach, którzy nie mieli oporów przed pomaganiem żydom. Opowiedział. Niestety.

Próba stworzenia wielkiej powieści parahistorycznej, którą będzie się wartko czytać a przy okazji nawiązać do aktualnej obawy przed rosnącymi w siłę brunatnymi kretynami była bardzo odważna (jak spadać to z wysokiego konia). To się na pewno udało. W sensie, że spaść. "Król" będzie hitem i mocną konkurencją dla Krajewskiego czy Miłoszewskiego w okolicach świąt. To też dobrze i niedobrze, bo czytelnik "Dracha" zasługuje na lepszą powieść.

W "Drwalu" Witkowski przedstawia treatment powieści, która powali krytyków, a w której występują żydzi, getto, Polacy, Warszawa, Auschwitz, miłość (dużo miłości)... W przeciwieństwie do Twardocha Witkowski zatrzymał się na parodii.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Iwasiów jak lody