Czarne, Wioletta Grzegorzewska, Olga Drenda, Paweł Sołtys, Piotr Paziński, Patrycja Pustkowiak, Małgorzata Rejmer, Piotr Siemion, Krzysztof Varga, Maciej Cichy, Stefa Chwin, Andrzej Stasiuk, Weronika Murek

"O psach" i "O kotach"

“Nie czytaj teraz tego” mówił mi M., gdy kilka dni po śmierci pieska Czarka z księgarni Czarnego przytaszczyłem dwa tomy opowiadań “O kotach” i “O psach”. Uznałem jednak, zgodnie z prawdą, że jeśli to jest dobra literatura, to M. miał rację i wyrządzi mi ona raczej krzywdę; jeśli zaś jest to literacki przeciętniak, to nawet największa żałoba nie sprawi, że się wzruszę, a synapsy mózgu mego zaśpiewają żałośniej. 

Zatem wyrok - wybitny to jest Krzysztof Varga, bardzo dobrzy Rejmer, Sołtys i Stasiuk, ciekawa Pustkowiak, a pozostałe teksty oczywiście są na niezłym poziomie, ale raczej nie umieszczę ich w swojej pamięci.

Zacznę od Vargi, bo od zwycięzców trzeba. Otóż nie byłem w stanie tego opowiadania przeczytać. Chyba dopiero przy czwartym podejściu przestały mi wilgotnieć oczy. Jedynie autor “Trocin” zwrócił uwagę na zapach psiej sierści i fantastycznie pokazał, że psy są najlepszymi partnerami dla egocentryków i narcyzów. Piękne zamknięcie tych niezbyt wybitnych opowiadań.

To, co jest największym problemem omawianych tomów to brak jednolitej koncepcji - z jednej strony dostajemy tu opowiadania autobiograficzne, historie rodzinne, a z drugiej niektórzy pisarze i pisarki próbują opowiedzieć historie wypreparowane z (przynajmniej łatwo zauważalnego) własnego doświadczenia. Wspominki o zwierzakach zawsze chwytają za serce, ale to ten typ literatury, którego unikam, bo jest przewidywalny i bardzo trudno jest wnieść coś nowego do tej opowieści. Ta sztuka udaje się tylko Stasiukowi i Vardze, ale jest to zasługa też języka i rozpisania - obaj zwyczajnie potrafią snuć wciągające opowieści, w których z pewnością nawet dżdżownica byłaby bohaterką porywającą. 

Krótko o tym, co znajdziecie w tych uroczo wydanych książeczkach. Stefan Chwin zrobił coś, czego nie umiem zaakceptować, czyli napisał opowiadanie o kotach, które uczłowieczył i spreparował z tego tak oczywistą metaforę, że nie ma tam wiele pracy dla czytelnika. Olga Drenda pisze o swoich kotach i jest to pisanie ładne i mądre, ale z kategorii “okruchy chwili plus odrobina refleksji”, no nie tego tu szukałem i nawet straszny wzrok Buby nie złagodzi mojej oceny. Piotr Paziński wybrnął z kłopotu udając się wraz ze swoją kotką w sen i na spacer. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to jednak taki prosty pomysł na stworzenie kilku tysięcy znaków, ale zbyt przewidywalny sposób na zbudowanie opowiadania. Rejmer najciekawiej pokazała, że zwierzęta bywają też przedmiotem naszych wewnątrzzwiązkowych negocjacji. To opowiadanie o uczuciach i różnych obrazach miłości, z których żaden nie jest pozbawiony cierni. Piotr Siemion opowiadanie o “kotku robotku” skonstruował sprawnie, ładnie zakreślił ramy, wypełnił zaskakującą w finale historią, ale nie miałem poczucia, żeby było w nim coś nowego o samych zwierzętach, jakby autor był zbyt skupiony na człowieku, zwłaszcza młodym. To też ładne, ale nie tego szukałem w “O kotach”. Paweł Sołtys zabiera nas w krainę ballady z wątkiem futbolowym. Nie narzekam, jest to bardzo sympatyczna lektura spod gwiazdy “był sobie dziad i baba / bardzo starzy oboje” i chyba pokazująca, że od “Mikrotyków” jest ucieczka, a Sołtys jest pisarzem obdarzonym inteligencją. Tom poświęcony psom przynosi ciepłą i odrobinę wzruszającą opowieść o psach Michała Cichego, opowiadanie Wioletty Grzegorzewskiej o Leo, psie niesfornym i o właścicielce - równie niesfornej. Weronika Murek postanowiła nas zaskoczyć i napisała opowiadanie wielogłosowe, tak jakby awangardowe. Jest to samo w sobie ciekawym pomysłem, ale cierpi w nim komunikacja z czytelnikiem i nic mnie nie zachęcało do zagłębienia się w ukryte sensy opowiadania, Zaskoczeniem jest za to Patrycja Pustkowiak, która znowu wałkuje wątek rozpadającego się małżeństwa. Otóż Pustkowiak jako jedyna dostrzegła, że w opowiadaniach o psach, czy kotach, te nie muszą być żywe, ale też nie muszą być martwe - mogą być na przykład z gumy i powietrza. Szacun na dzielni za to! Stasiuk z Vargą jednak na końcu pozamiatali i pokazali, że mistrzowsko posługują się słowem i choć tworzą przewidywalne opowieści o miłości do zwierząt, o szalonych psich wyprawach i podkulonych z nich powrotach, to wciągają czytelnika do wspólnego przeżywania. Siła tej literatury jest naprawdę zaskakująca,

O zwierzętach najwięcej mamy do powiedzenia, gdy ich już z nami nie ma. Wspominamy. Pisząc “zapach sierści” spod moich palców wyszedł “zapach śmierci”. Bo to ten zapach docierał do moich nozdrzy, gdy głaskałem i całowałem zasypiającego po raz ostatni Czarka. Trzymałem go pod pyskiem, głaskałem po grzbiecie i zanosiłem się płaczem. I jest dla mnie wyzwalające pisanie o tym, wspominanie tego momentu, gdy podbiegał do mnie w parku, a gdy już biegać nie mógł, to siadał obok i z charakterystycznym dla siebie psim smutkiem oglądał świat. Jednocześnie literatura jak i życie nie mogą się karmić tylko śmiercią i wspomnieniem, literatura jest polem kreacji i zabawy podobnie jak w życiu jest miejsce na uśmiech, choćby przelotny i niepewny, jak choćby ten, gdy patrzysz na niego i uśmiechasz się delikatnie, próbując go nie spłoszyć, nie odkryć wszystkich kart, jeszcze nie teraz, ale już czujesz, że to ten moment. Pisząc o swoich zwierzakach trudno nam uciec przed pisaniem o nas samych. Pisze Varga: “Pragnąłem więc psa, bo jestem z natury egoistyczny, egocentryczny i skupiony na sobie, i wreszcie chciałem się skupić na kimś innym, ponieważ własne towarzystwo zaczynało mi coraz bardziej ciążyć”. Pisząc o kotach i psach dostaliśmy historię ludzi, którzy chcą się za tymi zwierzakami skryć, ale jednak też powiedzieć nam coś o sobie. I to sprawia, że zachęcam do sięgnięcia po te dwa tomy opowiadań - nie po to, byście przeczytali o zwierzętach, ale o ludziach za nimi ukrytych. 

P.s. Rysunki Oli Niepsuj i Gosi Herby są udane i oczywiście na wysokim poziomie, ale chyba szkoda, że zamiast być elementem tekstu, zostały z niego wypreparowane na oddzielne strony, przez co trudniej nawiązać z nimi dialog podczas lektury. Przynajmniej ja tego dialogu nie nawiązałem. Za to okładki kapitalne. I jest coś wzruszającego dla osoby zajmującej się od lat ilustracją i komiksem, że na okładce to nie Stasiuk czy Rejmer mają przyciągnąć czytelników, ale ilustratorki. Tak dalej!
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaki był różaniec u Rolleczek?