Znak, Dominika Słowik

Dominika Słowik, "Zimowla"

Mieliśmy w literaturze Macondo, czytaliśmy o Prawieku, teraz czas na Cukrówkę. Macondo na miarę naszych aspiracji i czasów, w których żyjemy. Dominika Słowik napisała książkę, która udowadnia, że można połączyć kryminalną intrygę, atmosferę dobrego thrillera i rozprawę o polskiej historii w jednym tomie. A że to wszystko trochę skomplikowane, to Słowik zapełniła ponad sześćset stron wciągającą, wszechstronną i piękną językowo opowieścią.

Kryminał. Ktoś tu zabije. Ktoś będzie ukrywał rodzinne tajemnice. Czy dyrektor lokalnego muzeum na pewno się powiesił? Co pamięta zbzikowana staruszka? Co w ziemi zakopał pszczelarz i z jakimi diabłami codziennie jest w konszachtach? Czy ksiądz na pewno jest niewinny? A co z Kablarzem i jego dziwnymi interesami? Dlaczego nad wsią unosi się śpiew młodej Dygnarówny i co stoi za jej nocnym lunatykowaniem? Czyje interesy stoją za tym, że upadła fabryka szkła stała się dobrze prosperująca dyskoteką techno i skąd prochy bierze Misza? No i jeszcze skarb. I tajemnicze objawienia.

Thriller. Słowik kapitalnie buduje napięcie. I chociaż sprawne oko zauważy, że strukturalnie wiele rozdziałów oparta jest o ten sam schemat, co może trochę nużyć, to nie da się ukryć, że gdy pisze o wielogłowym monstrum atakującym główną bohaterkę, robi to tak żebyśmy uwierzyli w istnienie owegoż monstrum. Atmosfera “Zimowli” przenika czytelnika nawet niezbyt czułego na takie gierki, a czas podczas lektury zaczyna biec inaczej. Pamiętacie, jak w niejednej ksiażce omijaliście opisy przyrody? Nie róbcie tego Słowik. Nie ważne o czym pisze - czy to otaczająca Cukrówkę puszcza, obyczaje pszczół, czy absurdalna palmiarnia, jej pisanie jej esencjonalne, czułe i uważne. Słowik ze znawstwem i uważnością przygląda się naturze, jakby rozumiejąc, że człowiek jest tylko jej częścią, że uwaga jemu poświęcona musi stać w równowadze uwadze poświęcanej przyrodzie.

Historia. Ta prywatna i ta publiczna. Wielka historia dociera do Cukrówki, ale historia Cukrówki nie dociera do Wielkiej Historii. Opowiada o niej główna bohaterka, bo gdy ma się ojca-różdżkarza, matkę godzinami przesiadującą w muzeum i babkę, która w żadne irracjonalne bzdury nigdy nie wierzyła uczysz się czujności. Mieszkając do tego w pięknym, choć biednym regionie twoje oczy są otwarte trochę szerzej. A może autorka po prostu potrzebowała dociekliwej, choć trochę momentami naiwnej bohaterki, która poprowadzi nas przez cukrowską historię. Przeszłość i teraźniejszość sprawnie tu się przeplatają, tworząc szeroką panoramę, mikrohistorię. Jednocześnie jest “Zimowla” opowieścią o tworzeniu takiej właśnie historii, o tym co w niej ważne, a co łatwo umyka zewnętrznym obserwatorom.

Oczywiście wiele tu elementów zaskakujących, doprowadzonych do monstrualnych rozmiarów, celowo przejaskrawionych, bo przecież to jednak groteska. Jednocześnie tak smutna opowieść o małomiasteczkowej etyce i religijności, że ja wszystkie te elementy byłem sobie w stanie wyobrazić - dzwonnicę, która budowana ambicjami miejscowego księdza pnie się ponad wszystkie cukrowskie dachy, a uruchomienie dzwonu grozi jej zawaleniem; inkaskie tańce jako lokalną, prl-owską u źródeł lokalną tradycję; pszczelarza, który w piwnicy gromadzi zapasu miodu wystarczające dla dużego miasta na kilka lat. I te Matki Boskie, wszystkie dziwaczne, nieudane, traktowane jak wyrocznie (rzucając kamykiem w pomnik Maryi i zadając pytanie można było uzyskać odpowiedź na najważniejsze pytanie - jeśli figura się poruszyła, głośne ‘tak’ rozbrzmiewało w niejednej głowie). Równie monstrualne i absurdalne są rozmiary miejscowych tajemnic, ale o nich tutaj już ani słowa.

W małej społeczności wcale nie wszystko jest oczywiste i widoczne na pierwszy rzut oka. Każdy coś ukrywa, każdy ma swoją historię, a prawda okazuje się czasem bardzo prosta. Ale nie zawsze. Słowik będzie potrzebowała kilkudziesięciu stron, by rozszyfrować czytelnikom układankę, w którą sama się zapuściła.

Słowik niezwykle sprawnie wykorzystuje literackie toposy, od powieści młodzieżowej (trójka młodych bohaterów, wspólników w śledztwie ale i zbrodni), opowieści z ducha realizmu magicznego (łzawiąca Maryja Stanowojenna to jedna z wielu niezwykłych opowieści, których jesteśmy świadkami), ironicznej opowieści o polskiej historii (babka Starecka, komunistka z przekonania budzi jednak sympatię mimo swojej oczywistej demoniczności), po klasyczną powieść psychologiczną. Żonglując gatunkami tworzy świat, który wciąga, z filmowym potencjałem ale i literacką jakością, Słowik udowadnia, że literatura popularna może być tak krytyczna wobec rzeczywistości i nie zniżać się do językowych uproszczeń.

To jest w jakimś stopniu, patrząc na polską literaturę, wielkie wydarzenie. Jestem pod olbrzymim wrażeniem, choć - łyżka dziegciu, skoro przy miodzie jesteśmy - konstrukcyjnie Słowik gra momentami na jednej nucie, a zakończenie jest zbyt rozbuchane. Niezależnie od tego czas na jakiś ładny bon-mocik na koniec recenzji - ponoć jesienne wieczory bywają dłuższe (ja w to nie wierzę, mój wieczór zawsze jest za krótki i kończy się za szybko) i na takie poleca się pozycje sążniste, słusznie ciężkie (co się wyraża nie tylko w kilogramach). “Zimowla” to lektura doskonała na takie właśnie wieczorki. Zapomnijcie o śnie. Czytajcie.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jakie stopy opisała Szmaglewska?