Wojciech Szot, Gazeta Wyborcza

[GAZETA WYBORCZA] Wojciech Szot, "Musimy wyjść z "chomiczego kołowrotka nadmiernej produkcji książek". Kto będzie czytać książki o pandemii?"

[JUTRONAUCI - RAPORT Z TERAŹNIEJSZOŚCI]

Słowo na weekend, a nawet kilka tysięcy słów ode mnie znajdziecie dzisiaj w "Magazynie Świątecznym" GW.

---

Julianna Jonek-Springer, redaktorka z wydawnictwa Dowody na Istnienie, chciałaby wierzyć, że będzie się teraz wydawać mniej bezwartościowych książek. – Ale prawda jest taka, że jeśli duże wydawnictwa z czegoś rezygnują, to raczej z ambitnej literatury, a nie celebryckich poradników. Zgadza się z nią Michał Nalewski: – Jeśli sami nie potrafimy sobie tego świata po koronawirusie poukładać, to będziemy szukać przewodników po życiu. Rozwinie się półka poradnikowa z serii „minimalizm, czyli stać cię na mniej” i wszystkie porady mistrzów wewnętrznej równowagi.

Margo Baldwin, założyciel Chelsea Green, niezależnego wydawnictwa z Vermont, USA, cieszy się kilkunastoprocentowym wzrostem sprzedaży. Publikuje książki o ogrodnictwie, a Baldwin podkreśla, że czytelnicy „chcą być bardziej samowystarczalni”. Wzrosty sprzedaży odnotowały w Stanach książki kucharskie. W Polsce, gdzie hitem jest „Chleb. Techniki wypieku, przepisy, wskazówki” Jeffreya Hamelmana. Wydawnictwo Buchmann, które wydało książkę już dwa lata temu, odnotowało ponad 160-proc. wzrost jej sprzedaży.

„Chomiczy kołowrotek” wyhamował nie tylko wskutek zamrożenia handlu i niepewności czytelników, co przyniesie finansowe jutro. Wiele rokujących tytułów oberwało rykoszetem.

Surmiak-Domańska do wyjazdu do Liberii przygotowywała się od kilku lat. – Chciałam opisać kraj stworzony przez byłych amerykańskich niewolników, który stał się eksperymentem społecznym. Interesowało mnie, jak ludzie sami niedawno będący niewolnikami stworzyli państwo oparte na wykorzystywaniu innych ludzi. Na prostą po latach wojen domowych wyprowadziły je kobiety, z których dwie dostały Nobla. To bardzo skomplikowany wyjazd, ale dzięki znajomym trafiłam na człowieka, który chciał mi pomóc na miejscu, nawet wesprzeć finansowo powstanie książki. Dzień po tym, gdy dostałam wizę, okazało się, że jest lockdown, a mój pomocnik musi zwinąć biznes.

– Może teraz reporterzy więcej uwagi poświęcą polskim problemom? – zastanawia się Jonek-Springer.

(...)

Pandemia przyspieszyła naturalną zmianę – przejścia z offline do online – i wymusza na wydawcach częstsze produkowanie audiobooków, a e-book staje się standardem. Wielu podkreśla, że wydawcy są konserwatywni i z trudnością przyjmują zmiany. Przyzwyczajeni do permanentnego działania w kryzysie sądzą, że przetrwają bez większych zmian. Tym razem strategie przystosowawcze mogą się jednak nie sprawdzić, a rozmówcy anonimowo zauważają brutalnie, że dopiero bankructwo kilku większych wydawnictw beletrystycznych, które odpowiedzialne są za nadprodukcję tytułów, przy jednoczesnym zmniejszaniu ich nakładów, by wykazać się przed akcjonariuszami czy wspólnikami wzrostem obrotów, może uświadomić innym konieczność pilnych zmian.

Ale zdaniem Anny Karczewskiej, zajmującej się promocją niezależnych księgarni, popularność wirtualnego kontaktu z książką wcale nie musi oznaczać końca księgarni pachnących papierem i farbą drukarską. Rośnie świadomość społeczna znaczenia lokalnych księgarni: – Jest szansa, że czytelnicy dostrzegą, że najbezpieczniejszym miejscem zakupu książek nie jest galeria handlowa, lecz lokalna księgarnia.

---

Piszę też o dziennikach pandemicznych, rozmawiam z Remigiuszem Mrozem i małymi wydawcami. Ponieważ bardzo nie chciałem pisac o "Dżumie", to wyręczyła mnie redakcja GW wstawiając do tekstu wielkiego Camusa. Mimo tej kliszy - zapraszam do lektury, próbowałem klisz właśnie uniknać.

 

[NIEPUBLIKOWANY FRAGMENT]

Dzisiaj w GW znajdziecie mój artykuł o przyszłości rynku książki. Przyszłości, dodajmy, na którą prawie nikt nie ma pomysłu. Pisząc go miałem poczucie, że jest to branża kompletnie niekreatywna, wycofana, pozbawiona biznesowej ikry jakby wciąż mentalnie tkwiła w sprzedaży książek z łóżka polowego ustawionego przy nadmorskiej promenadzie. Są oczywiście ludzie z wizją, są ludzie z pasją, ale ich jest niewielu.

Będę za jakiś czas pisał o innej branży, której się przyglądam z własnej pasji i tam znalazłem w kilka godzin ludzi, którzy z pasją opowiadali o możliwościach i przyszłości, mieli wizje i idee, które może czasem odjechane, to pozwalające na stworzenie czegoś nowego. Literacki świat dalej jest przykurzony i choć koronawirus trochę mu pomógł w odkryciu nowych sposobów docierania do czytelników i czytelniczek, to poziom polskiego pesymizmu był nieznośny.

Mam nadzieję, że udało mi się go oddać. A oto zapowiadany fragment, który wyleciał, bo autor trochę odleciał od tematu, a też - myślę - ciekawy:

„Wolne chwile obracałem na czytanie książek i notowanie tego, co mi się co w dzień zdarzyło” - pisał w „Dzienniku roku zarazy” Daniel Defoe (tłum. Jadwiga Dmochowska). W 1665 roku „wielkie nawiedzenie” Londynu przez dżumę zastało miasto nieprzygotowane na zarazę, co pisarz ostro krytykował w swoim tekście. Dzisiaj pisarze do wyrażania własnych ocen sytuacji używają mediów społecznościowych, niektórzy właśnie tam też piszą dzienniki, jednak do prywatnych zapisków niewielu chce się przyznać. A po dwóch miesiącach “lockdownu” pytani o pandemię koronawirusa, teraźniejszość i przyszłość literatury często reagują nerwowo. Barbara Klicka, laureatka Nagrody Literackiej Gdynia, przyznaje, że nie chce zostać „specjalistką od życia, śmierci, jajecznicy i epidemii” i mimo „swej prekarnej sytuacji” walczy o to, by zachować szacunek dla samej siebie. Wypowie się w dzienniku, opublikowanym na łamach Dwutygodnika.

Zapis z 30 kwietnia: “(...) przyjaciel, który zawodowo czyta i pisze, mówił mi kilka dni temu, że w 2021 spodziewa się zalewu literatury covidowej (...). Oto więc, tadam, robię za spóźnioną forpocztę, mój drogi, przynoszę ci swój dzienniczek w urodzinowym prezencie”. Cykl “Dzienniki odosobnienia” wspiera finansowo Austriackie Forum Kultury i Literaturhaus Graz.

Inni piszą bez zamówienia, choć niechętnie. Zazwyczaj bardzo aktywny na Facebooku Jacek Dehnel planował pisanie publicznego dziennika, ale zaniechał z obawy o wysyp tego rodzaju literatury. Regularnie w serwisie publikuje swoje dziennikowe zapiski Wioletta Grzegorzewska, mieszkająca w Wielkiej Brytanii, autorka m.in. nominowanych do międzynarodowego Bookera „Guguł”.

- Zaczęłam pisać dziennik w marcu, spontanicznie, na kolanie, w telefonie - mówi pisarka. - Będąc w gorączce, opisywałam własne, chwilami dramatyczne, przygody, jak próbę wydostania się w czasie kwarantanny z wyspy Wight, kolejne przeprowadzki, losy emigrantów, włóczęgów, wszelkich wykolejeńców w Wielkiej Brytanii, których spotykam po drodze - mówi “Wyborczej”. I planuje ukończenie dziennika jeszcze w tym roku.

Marcin Zegadło, poeta, którego internetowe losy śledzi dwadzieścia tysięcy czytelników, regularnie publikuje „dziennik pandemiczny”. Z upływem czasu coraz więcej w nim krytyki samej funkcji dziennika i sensu zapisywania własnych przeżyć. Jak mówi poeta: - Dalej piszę dziennik, ale przestałem już go tytułować dziennikiem pandemicznym, bo o ile początkowo to się doskonale klikało, to dzisiaj już sam tytuł straszy.

Dodaje: - „Pisarze częściej niż czytelnicy myślą o śmierci, a dzisiaj myślenie w kategoriach „infekcja”, „zagrożenie życia” jest wspólnym doświadczeniem. To nas do siebie zbliża, ale też są to dla mnie refleksje, które myślałem, że będę miał mając sześćdziesiąt lat, a nie czterdzieści pięć”.

W tonie stonowanie optymistycznym o kwarantannie wypowiedziała się Olga Tokarczuk, która w felietonie „Jetzt kommen neue Zeiten!” opublikowanym przez „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisze, że „życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier.”. Noblistka pyta: „Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia?”. Nie doprecyzowuje, jakie „my” ma na myśli.

Pisarze w większości dość krytycznie odnoszą się do możliwości wszelkich zmian po ustaniu pandemii i powrocie do „nowej normalności”. Defoe cztery wieki temu pisał o mieszkańcach Londynu, że „obiecywali mieć na przyszłość więcej miłosierdzia dla bliźnich i nie czynić sobie nawzajem wyrzutów (…) każdy, kto ich widział wtedy, pomyślałby, że spotkają się z sobą wreszcie w zupełnie innym duchu. Ale, jak powiedziałem, to się okazało niemożliwe”.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaki był różaniec u Rolleczek?