W.A.B, Łukasz Witczak, Sally Rooney

[RECENZJA] Sally Rooney, "Rozmowy z przyjaciółmi"

Czytając “Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney i znając jej bestsellerowych “Normalnych ludzi” łatwo dostrzec momenty, w których pisarka zdradza przyszłą, przyzwoitą formę literacką, a już na pewno ciekawy sposób widzenia świata, jednak są to juwenilia niezwykle proste i banalne, a sama powieść nawet jako debiut nie zachwyca.

Frances ma dwadzieścia jeden lat, przyjaźni się ze swoją byłą dziewczyną Bobby i wspólnie poznają Melissę, znaną dziennikarkę, autorkę świetnie przyjętego tomu esejów. Melissa, osoba lubiąca prestiż ma prestiżowego męża, z którym łączy ją niewiele emocji - Nicka. I gdy na początku powieści robi się ciekawie - Bobby romansuje z Melissą, Frances z Nickiem, a wszystko idzie w kierunku romansidła, którego największą zaletą jest to, że osoby nienormatywne są w nim traktowano najzwyczajniej w świecie, bez przesadnego “ah, jesteśmy tacy tęczowi, fajnie was widzieć”, czy też “ojej, lesbijki w towarzystwIe, no to porozmawiajmy o homofobii”, to całość szybko skręca w kierunku telenoweli z życia całkiem zamożnych sfer. Będą tu i namiętny romans, nieodwzajemniona miłość, rezydencja we Francji, bogata i wpływowa dziedziczka, przyjaciele przyjaciół, a do tego jeszcze dwie niby antysystemowe lesbijki (no bo przecież nie można było napisać o lesbijkach, które kochają kapitalizm, każda lesijka w książkach w XXI wieku musi być anarchofeminolesbijką), a tempo akcji będzie przypominać “Klan” (wybaczcie, to moja jedyna referencja, bo później oglądałem już tylko Sułtankę Kösem), w którym wędrujemy od sceny w kuchni po scenę na werandzie i scenę łóżkową.

Przez 190 stron tej powieści główna jej bohaterka pracuje w agencji literackiej. Liczyłem ile razy autorka wspomniała o jej pracy - dwukrotnie. Nic dziwnego, że bohaterka nie kontynuuje swojej przygody w zawodzie, choć prawdą jest to, że Rooney zupełnie nie potrafi budować tła, a opisy budynków i przestrzeni prawie nie istnieją. Jak jest plaża, to ona po prostu jest taka, jaką sobie wyobrazimy. Po co nam to? Przecież na meble u Ryśków w “Klanie” też nie zwracaliśmy większej uwagi, bo widzieliśmy je setki razy (chyba, że było przemeblowanie i Łebkowska wystąpiła w pięciu talk-showach opowiadając o przemianach u Polaków). To, co w “Normalnych ludziach” będzie zaletą - umowność, wręcz papierowość relacji i chłód narratorki - w “Rozmowach z przyjaciółmi” irytuje zapewne dlatego, że tematy podjęte przez Rooney wymagają innego sposobu ich opowiadania.

Autorka na rzecz opowieści o romansie Frances i Nicka gubi po drodze wątek relacji z byłą dziewczyną i bardzo tego żałuję, bo można było jeszcze bardziej namieszać w tym “menage a zadużo”. Podobnie to, co będzie ciekawe w “Normalnych…”, czyli opowieść o prekariacie i młodych ludziach, którzy nie są w stanie uciec od powtarzalnych motywów, z których świat jest skonstruowany, tutaj jest zaledwie sugerowane, pojawia się jeszcze nieśmiało, jakby autorka nie była jeszcze przekonana, że może walić prosto w oczy.

Prawdę powiedziawszy, to gdyby nie fakt, że książkę napisała Rooney, to bym nie zdzierżył i nie czytał do końca, bo to nie jest w ogóle ciekawa powieść - może w kategorii “young adults” byłaby to interesująca pozycja, ale jednak za dużo tu ludzi po trzydziestce. “Rozmowy z przyjaciółmi” mają za to ładna okładkę, ale to adaptacja wersji angielskiej.

Zaskakująca jest decyzja wydawnictwa (a może tłumacza, to bym bardziej rozumiał), że książki nie przełożyła ta sama osoba, co “Normalnych ludzi”. Całkiem możliwe, że fraza Łukasza Witczaka gorzej oddaje styl Rooney, choć mało w to wierzę.

Bardzo podoba mi się Wasz spór o to, czy jesteście za “Normalnymi ludźmi”, czy przeciw. Stoję w nim po stronie Rooney, bo świetnie gra ona kliszami, wprowadzając w nie “inność” i aktualizując konteksty. “Rozmowy z przyjaciółmi” należy traktować jako przymiarki, początek literackiej kariery, ani nie bardzo nieudany, ale też nie wybitny. Do poczytania i podyskutowania z przyjaciółmi.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej