W podwórku, Krzysztof Jarosz, Amal Sewtohul

[RECENZJA] Amal Sewtohul, "Made in Mauritius"

Książkowe stosiki mam podzielone na specjalne podgrupy i jedną z nich jest ta z “książkami na wakacje”. Królują w niej tytuły “lotniskowo-pociągowe”, a więc te, które opowiadają o świecie, do którego dostęp mam tylko dzięki literaturze. Dlatego na ostatni wyjazd wziąłem ze sobą powieść Amala Sewtohula, “Made in Mauritius” w przekładzie Krzysztofa Jarosza. Wizja lektury książki o Chińczyku mieszkającym w kontenerze na oceanicznej wyspie podczas siedzenia w terminalach lotnisk była mi jakże radosną. I w końcu się udało. No i jaka to jest dobra powieść, powinniście Państwo sięgnąć, a zaraz Wam napiszę dlaczego.

Po pierwsze dlatego, że Sewtohul, maurytyjski pisarz przez wiele lat pracujący w dyplomacji swojego kraju doskonale pokazuje mozaikę społeczną Mauritiusu. Ale zanim do niej dojdziemy, to znajdziemy się w Chinach.

Lee Kim Chan “uchodził za szczęśliwca”. Udało mu się uciec z rodzinnej wioski Long Tang, leżącej “pośród wzgórz prowincji Guangdong” i dotrzeć do Hongkongu, gdzie mieszkał jego wuj Lee Liu Hua, zwany w rodzinie “Wielkim Lee”. Skąd ten pomysł? Long Tang, jak wiele innych wsi i miast chińskiej prowincji boleśnie odczuło pomysłu towarzysza Mao, który uznał, że zamiast rolnictwa trzeba zająć się wytopem stali. Niezależnie od tego, czy w Long Tang ktokolwiek się na stali znał. Wyjałowiono ziemię, a mieszkańcy żyli w skrajnej biedzie. Nic tylko uciekać, zwłaszcza że w Hongkongu czeka Wielki Lee.

Wielki Lee wcale nie był zachwycony wizytą kuzyna, zwłaszcza że ten - gdy już odnalazł adres wuja - dotarł do jego domu “w swoim wiejskim ubraniu, brudny jak nieszczęście”. - Wieśniak - orzekła natychmiast wyniosła córka Lee, która choć urodziła się w “najbardziej zapyziałej norze”, to jednak “była rodowitą mieszkanką Hongkongu i miała swoje ambicje”. Na pewno nie było nią spłodzenie dziecka i małżeństwo z kuzynem. A takie nieszczęście Lee Ying Song się przytrafi, bo Lee Kim Chan potrafił dotrzeć do serca wyniosłej Ying. “Opowiadać o tym, co nastąpiło, oznaczało, według słów mojej matki, wdepnąć w niekończącą się tragedię”.

Zamiast zostać sekretarką w biurowcu, gdzie mogłaby stukać obcasami po posadzce, Ying i Kim udadzą się w daleką podróż. Uznano bowiem, że świetnym miejscem do życia dla młodej pary będzie Mauritius, gdzie żyje wuj Lee Song Hui i jego żona, prowadząc - ponoć - świetnie prosperujący biznes. Przedsiębiorcza rodzina Lee (jak widać, wszędzie są jacyś Lee) wysyła młodych na oceaniczną wyspę razem z kontenerem szmelcu, który ma stanowić zaczątek ich dobrze prosperującego sklepu w Port Louis, stolicy Mauritiusu, wyspy oferującej bajeczne widoki, “rajskie” plaże i życie w prospericie. Wizje, a rzeczywistość w “Made in Mauritius” rzadko się spotykają.

Historię małżeństwa Lee opowiada nam Laval, syn nieszczęśliwej pary, który od małego dorastał nie tyle w cieniu, co zwyczajnie w środku sprowadzonego z Chin kontenera. Nie jesteśmy jedynymi słuchaczami Lavala - poza nami słucha go Frances, z którą już jako dorosły mężczyzna podróżuje po Australii w poszukiwaniu swojego najlepszego przyjaciela. Jak widziecie nie jest to powieść łatwa do opowiedzenia w kilku zdaniach. Wracajmy jednak do Port Louis i dzieciństwa Lavala.

Sewtohul fantastycznie opisuje rzeczywistość wyspy u progu niepodległości. Koniec lat 60. na wyspie to moment tworzenia się nowoczesnego państwa i negocjowania pozycji pomiędzy grupami etnicznymi zamieszkującymi w tym jeszcze nie turystycznym “raju”. Co zadziwiające wielu mieszkańców było przeciwnym oderwaniu się od Korony - obawiali się, że będzie to oznaczało oddanie kraju w ręce hinduskiej większości. A przecież zamieszkują ją - niezbyt może zgodnie - ludzie o wielu kolorach skóry. Co oczywiście nie podoba się konserwatywnej matce Lavala, która nigdy “nie była zdolna wyzbyć się wstrętu, który odczuła wobec tych ludzi, w chwili gdy ich pierwszy raz zobaczyła”. Pochodziła w końcu z miasta, w którym pogardzano Hindusami, uważając ich za “angielskich niewolników”. Zatem fakt, że Laval zaprzyjaźnia się z muzułmańskimi dziećmi, Feisalem i Ayeshą rodzinie Lee zupełnie się nie podoba.

I teraz przyspieszamy - dzieciaki będą wspólnie odkrywać wyspę, ich oczami będziemy oglądać dzień uzyskania przez Mauritius niepodległości, a cały czas ważnym bohaterem wszystkich wydarzeń będzie nieszczęsny, sprowadzony z Chin kontener. To na nim ogłoszona zostanie deklaracja wolności. Wyemancypuje się ojciec Lavala, który nagle przypomni sobie komunistyczne hasła z przeszłości i zacznie je dumnie wygaszać w swoim sklepiku przerobionym na nielegalny bar. Towarzyszymy bohaterom powieści aż do ich pójścia na studia, idącego za tym awansu społecznego i przeprowadzce Feisala do Australii, oczywiście z kontenerem, produktem “Made in China”, choć już w tych warunkach bardziej “Made in Mauritius”.

Wspaniałe w tej powieści jest połączenie historii, faktografii i wyobraźni autora, bardzo szczegółowe choć nieprzytłaczające pokazanie maurytyjskiej rzeczywistości okresu przełomu, momentami niezwykle zaskakujące dla czytelnika wiedzącego o tej wyspie tyle, co prawie nic. Przypominało mi lekturę “Dzieci północy” Salmana Rushdiego, gdzie też świat był na równi wypełniony mitem i rzeczywistością.

W szerszym jednak planie “Made in Mauritius” to powieść o ludziach żyjących w świecie, który jest produktem kolonizacji. “Na początku świata był byli mój ojciec i moja matka. Potem nastały rupiecie. A jam jest tych rupieci częścią”, mówi Feisal gdy książka zbliża się ku końcowi.

Jest w tej powieści fantastyczna scena, gdy Feisal opowiada o wypracowaniach, jakie dzieci miały pisać w szkole. Na przykład wypracowanie “Dzień na plaży” miało zaczynać się od słów “Jest niedziela, na jednolicie błękitnym niebie świeci słońce”. I dalej Feisal - “Potem normalne dzieci wsiadały do samochodu taty i spędzały przyjemny dzień na plaży,, pływając i grając w badmintona…”. Wszystkie dzieci znały to wypracowanie, nawet Samir, który całe życie pracował w porcie w Saint Louis, ale nigdy na plaży nie był. Sewtohul pokazuje jak ograniczony może być świat, gdy doświadczany jest w zamkniętych wspólnotach i jak nieprzystająca do codziennego życia jest kolonialna wyobraźnia. Ale w tej powieści jest jeszcze wiele innych wątków i momentów, do których odkrywania bardzo was zachęcam. Doskonała, poruszająca, momentami zaskakująca książka o życiu, które ciężko nam sobie wyobrazić.

Po to właśnie jest literatura, by dawać nam szansę - choćby złudną i krótkotrwałą - na wyjście poza własny kokon. Sewtohul robi to doskonale.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Wakacyjne morze Zofii Posmysz