Agora, Aga Zano, Lisa Taddeo

[RECENZJA] Lisa Taddeo, "Zwierzę"

To była ciekawa i nieoczywista przygoda. Wiem, że Taddeo nie jest dla każdego, bo nie jest łatwo zrozumieć bohaterkę jej debiutanckiej powieści. I można uznać, że się nie chce jej rozumieć. Sama nas do tego prowokuje. Kilka akapitów na ten temat poniżej.

---

Kto czytał “Trzy kobiety” Lisy Taddeo ten wie, że amerykańska pisarka dysponuje nie tylko świetnym warsztatem reporterskim, ale i literacką sprawnością, która już w jej debiutanckim reportażu sprawiała wrażenie raczej powieściowej, niż tej przynależnej do literatury non-fiction. Dlatego nie dziwi fakt, że druga książka Taddeo jest powieścią. Nie dziwi też fakt, że poświęcona jest kobietom.

Mogę podejrzewać, że “Zwierzę” zbierze skrajnie różne recenzje, a to dlatego, że za nic nie da się tu polubić głównej bohaterki. No chyba, że wyobrazicie sobie, że któraś z bohaterek “Seksu w wielkim mieście” zaczyna wciągać crack, jedzie do Kalifornii i telewizja robi z tego reality-show. Potrafię to sobie zwizualizować i jadłbym fistaszki przed telewizorem oglądając jej przygody. Ale może dlatego, że ja pozwalam literaturze na bardzo wiele - na to, żeby była w niej przemoc, żeby nikt nie był wobec bohaterek (i bohaterów) czuły i wyrozumiały, by życie kopało je w co tylko się da, a sytuacje były bez wyjścia. Lubię bohaterów seksualnie rozpasanych, niepoprawnych nie tylko w marzeniach, ale też w czynach. Mam w swoim serduszku sporo miejsca dla bohaterek manipulujących mężczyznami w ramach odwetu na patriarchacie, co oczywiście samo w sobie jest patriarchalne, ale z tej karuzeli to my jeszcze przez kilka pokoleń nie zejdziemy. Bohaterów mordujących z krzywym uśmiechem na twarzy też sobie cenię. Ale ja wiele razy wspominałem, że nie do końca przemawia do mnie koncept “czułości” w literaturze. Oczywiście czasem fajnie się pootulać jakąś książką, czego dobrym przykładem był “Sen o okapi” Mariany Leky (tłum. Agnieszka Walczy), ale nawet tam groza jest obecna, dzięki czemu Leky udało się napisać powieść, która nie jest ckliwa.

A teraz przejdźmy już do “Zwierza”.

W sypialni domu matki Joan, głównej bohaterki powieści Taddeo, stał ołtarzyk. Poświęcony matce jej matki. Kobiecie, która - gdy jej córka trafiła do szpitala - odwiedziła ją tylko raz. Mimo to - matka to matka.

Matka nauczyła Joan jednego - “wszyscy jestesmy potworami”. No może jeszcze czegoś - “wszyscy jesteśmy zdolni do zbydlęcenia”. Mając w pamięci te dwie prawdy życiowe Joan przestała się dziwić światu. Nic ją już nie zaskakiwało. “Dlaczego matka zabiła trzylatka, czemu dziewczyna w esemesach nakłoniła chłopaka do samobójstwa….”? Ona wie. I my też tak naprawdę wiemy, tylko często udajemy przed sobą i innymi zaskoczenie - “ah, jak ona mogła to zrobić!?” - mogła, bo jest człowiekiem, gatunkiem zwierzęcia niekoniecznie najbardziej etycznym spośród istniejących na planecie. No, bo czy do takiej dominacji mógł dojść ktoś, kto ma skrupuły? O tym między innymi jest “Zwierzę” - o dominacji. Ten, kto ma przewagę - w związku, w pracy, w społeczeństwie - ten wygrywa. Zero skrupułów.

“Wyjechałam z Nowego Jorku, gdzie mężczyzna zastrzelił się na moich oczach”. Poznajcie Joan, kobietę, która nie mówi “mój ukochany mężczyzna”, “mężczyzna mojego życia”. “Moje” są tylko oczy. “Tak to wygląda, ale nie zawsze taka byłam”, dodaje w pierwszym akapicie. Joan pisze do swojej córki (o czym dowiemy się później, ale jest to tak oczywiste od początku, że żadna to tajemnica), chcąc pokazać jak wyglądała jej własna droga do bycia kobietą, która doskonale pamięta co jadła, gdy mężczyzna popełnił samobójstwo. A było to tagliatelle alla bolognese polane gęstym sosem, który “miał rdzawą barwę, a wierzch potrawy zdobyła soczyście zielona natka pietruszki”.

Joan udaje się do Los Angeles i jak myślicie, że chce tam zacząć życie od nowa, to jeszcze nie weszliście w klimat tej powieści. Bohaterka “Zwierza” postanawia odnaleźć Alice, swoją przyjaciółkę z dzieciństwa i kolejny raz uwikłuje się w beznadziejne romanse, które sama prowokuje. Poznamy historię jej związku z “Big Sky’em”, mężczyzną zamożnym, żonatym i całkiem romantycznym, odkryjemy że bohaterka książki samą siebie uznaje za zdeprawowaną i będziemy przez wiele stron brną w jej opisy mężczyzn - przedmiotowe, seksualizujące, mocno manipulatywne. Czytelnika może to trochę zmęczyć i choć ja bym ją skrócił o 200 stron, to nie da się odmówić Taddeo umiejętności wciągania czytelnika w dziwny i niełatwy do przyjęcia świat jej bohaterki.

“Wyzywano mnie od kurew. Osądzano nie tylko za to, co czyniłam innym, ale też – co bardziej okrutne – za to, co przydarzyło się mnie” mówi Joan. Taddeo dokonuje tu bardzo ciekawego zabiegu - stawia przed czytelnikiem wyzwanie, czy sam będzie w stanie powstrzymać się przed ocenianiem Joan, mentalnym wysyłaniem jej na długotermiową terapię w jakimkolwiek paradygmacie terapeutycznym. Jest coś naprawdę fascynującego w tym portrecie kobiet, które z traumą radzą sobie niekoniecznie w najbardziej oczekiwany przez społeczeństwo sposób.

Autorka stawia przed czytelnikami, a zapewne najbardziej przed czytelniczkami, trudne zadanie - w jaki sposób nawiązać nić porozumienia z kobietą, która jest przesiąknięta złem? Czy to, że jest ofiarą przemocy, usprawiedliwia jej nie pasujące do standardowej moralności, zachowania? A co z siostrzeństwem? Czy po lekturze książki Taddeo ten koncept nie wyda się komuś równie nieciekawy, jak włoska 'Ndrangheta? Bo siostrzeństwo w “Zwierzu” przedstawione jest momentami jak jakiś kobiecy gang zorganizowany w celu oporu przed patriarchatem.

“Zwierzę” to z jednej strony książka niezwykle brutalna, chwilami wręcz przesadnie naturalistyczna, z drugiej jednak dająca szansę warstwa po warstwie odkrywać to kim jest Joan i co tak naprawdę się wydarzyło. Oczywiście, żeby tak pisać, nadużywa Taddeo trochę nużącej formuły, w której to co jakiś czas dwójka bohaterek lub bohaterów spotyka się i jedna osoba ma nadmiernie dużo czasu na opowiadanie swojego życia. Momentami brakuje autorce pomysłów na większe zróżnicowanie akcji. Na szczęście ma pomysł na ciekawy i twist pod koniec książki. To, czego trochę w tej powieści brakuje, to pokazania skutków działań Joan - autorka zdaje się stać murem za swoją bohaterką, rzucając nam wyzwanie, ale nie potrafi znaleźć empatii dla tych, których ona krzywdzi. Ma do tego prawo, w końcu to opowieść bohaterki bez dodatkowej pomocy narracyjnej, ale my możemy czuć się w jakimś stopniu nadużyci przez autorkę.

Fantastyczne są u Taddeo opisy męskiego spojrzenia, któremu poddawana jest ona i jej znajome. Seksualność w “Zwierzu” bywa dzika, nieprzyjemna, jest manipulatywna. I to ma swój urok, zwłaszcza że prowokuje do myślenia. Jednocześnie nadmiar i przesada, które towarzyszą tej książce w pewnym momencie sprawiają, że - niestety - można odnieść wrażenie, że autorka wypełnia ją tymi wszystkimi strasznymi wydarzeniami (gwałty, śmierć, kradzieże, manipulacje) tylko po to, by nas bardziej zszokować. Nie zdziwię się, jeśli wrażliwsi ode mnie czytelnicy i czytelniczki odrzucą “Zwierzę” uznając je za przekombinowane. Taddeo stworzyła sobie bohaterkę idealną - socjopatkę, skrzywdzoną przez los, historię i ludzi, z którą może zrobić wszystko, nie przejmując się tym, że akcja rodzi reakcję i skupiając naszą uwagę tylko na niej. “Wiedziałam dokładnie, jaki kolor ma mieć moja kawa i jak osiągnąć orgazm w mniej niż trzydzieści sekund. Nikogo na świecie – łącznie z kelnerami – nie potrzebowałam tak, jak ci ludzie potrzebowali mnie”, mówi bohaterka powieści.

Będę się upierał przy tym, że warto przejść przez “Zwierzę”, bo jest to miejscami fantastyczne literacko, ma Taddeo niezwykły zmysł do brutalnie szczerych obserwacji, na które wielu pisarzy i pisarek sobie nie pozwala. Nikomu się tu nie schlebia, a to o czym pisze Taddeo bliskie jest głośnemu w ostatnim roku esejowi francuskiej aktywistki i pisarki, Pauline Harmange, “Moi les hommes, je les déteste” (po angielsku wydanego pod prostym tytułem: “I Hate Men”), w którym autorka chwali mizoandrię jako jedyny skuteczny środek przeciwko patriarchatowi. O eseju stało się głośno, gdy francuski minister ds. kobiet (Ministre chargé des Droits des femmes) zażądał jego usunięcia z księgarń, jako podżegającego do nienawiści.

Prowokacyjny esej Harmange, który miejscami jest dziwaczny (autorka doradza kobietom, by myślały jak “biały mężczyzna”, fascynujące zaiste) ciekawie rezonuje z książką Taddeo - pokazując całkiem inną, wyzwoloną, a jednocześnie szukającą nowych rozwiązań, drogę dla kobiet. Czy dobrą? Czas pokaże, zwłaszcza że to jest całkiem inne pisanie niż to do którego przyzwyczaiły nas Solnit czy Adichie, które jednak widzą możliwą męsko-damską wspólnotę. Póki co Harmange, podobnie jak Taddeo ma za oceanem bardzo zróżnicowane recenzje. Jestem ciekaw, czy ktoś się odważny wydać “Moi les hommes…” w Polsce, póki co mamy “Zwierzę” i naprawdę warto do niego zajrzeć.

Obie książki Lisy Taddeo przełożyła Aga Zano. Bardzo mi się ta konsekwencja podoba, zwłaszcza, że książki nie ukazały się u tego samego wydawcy.

jeden komentarz

Dioniza

16.11.2021 11:56

Właśnie dzisiaj zakupiłam „Zwierzę", dlatego recenzję przeczytałam pobieżnie. Wolę to robić dokładnie po lekturze.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak miała na nazwisko Oleńka z "Potopu"?