Znak, Anna Gralak, Amor Towles

[RECENZJA] Amor Towles, "Lincoln Highway"

Jeszcze dekadę temu Amor Towles był bankierem inwestycyjnym, który zaczynał karierę pisarza. Dość szybko okazało się, że była to najlepsza inwestycja w jego życiu, a do tego - co rzadkie w inwestycjach - przynosi pożytek milionom czytelników. Jego “Dżentelmen w Moskwie” (tłum. Anna Gralak) sprzedał się w kilkumilionowym nakładzie i jednocześnie spodobał się recenzentom, co przecież nie zawsze idzie w parze.

Po pięciu latach Towles przychodzi do nas z “Lincoln Highway” (tłum. Anna Gralak), niezwykle udaną powieścią drogi, która do złudzenia momentami przypomina najlepszą amerykańską literaturę lat 50. i 60., jednocześnie nie będąc podróbką. To, co robi na mnie największe wrażenie - może poza tym, że komuś w XXI wieku chce się pisać sążniste, klasyczne powieści - jest wielość perspektyw ukazanych w książce, zmienność narratorów i zróżnicowanie ich języka.

Zaczynamy od wszystkowiedzącego narratora. Jest 12 czerwca 1954 i naczelnik Williams odwozi Emmetta do rodzinnego domu w Morgen, w stanie Nebraska. Jeśli pojawia się “naczelnik” to musi być i jakieś więzienie. Salina to miejsce resocjalizacji nieletnich, którzy popadli w konflikt z prawem. Emmett zostaje do niego wysłany w ramach kary za uderzenie, którego skutkiem był upadek, a w jego następstwie śpiączka i śmierć jednego z miejscowych chojraków. W czasie pobytu w ośrodku umiera Emmettowi ojciec, a zadłużony dom przejmuje bank. Jak na osiemnastolatka to nasz bohater sporo już przeszedł. A przed nim jeszcze całe życie, które ma nadzieję spędzić daleko od rodzinnego domu. Myśli o Teksasie, ale w tej powieści plany bohaterów często będą się zmieniać i czytelnik nie jeden raz będzie zaskakiwany pomysłowością Towlesa do komplikowania życia swoim bohaterom.

W Morgen na Emmetta czeka młodszy brat, Billy i pierwsza niespodzianka - ukryta przez ojca kolekcja pocztówek od matki, wysyłanych regularnie przez kilka dni od momentu jej wyjazdu z domu. Matka chłopaków bowiem opuściła rodzinę i udała się w nieznanym - do tej pory - kierunku. Stemple pocztowe na listach układają się jednak w całkiem logiczną trasę, nie trudno się domyślić, że właśnie Lincoln Highway, podróżowała rodzicielka i tą trasą postanawiają bracia Watsonowie ruszyć na jej poszukiwanie. Autostrada, jak zauważa wszystkowiedzący Billy, “bierze początek na Times Square w Nowym Jorku, a kończy się pięć tysięcy czterysta pięćdziesiąt kilometrów dalej, w parku Lincolna w San Francisco”. Jednak zanim trafią do Kalifornii, skąd przyszła ostatnia kartka, ruszą w przeciwną stronę, a wszystko przez to, że z bagażnika wyskoczą Duchess i Woolly. Koledzy z Saliny.

“Lincoln Highway” jest powieścią o amerykańskich archetypach i z nimi się rozliczającą. Już sam tytuł i trasa, którą zamierzają przebyć bohaterowie to przecież najstarsza droga łącząca wschodnie wybrzeże z zachodnim. Osadzenie akcji w połowie lat 50. ma dla Towlesa - oprócz oczywistego nawiązania do literatury Kerouaca - jeszcze jeden cel. Otóż chce on pokazać Amerykę, która jest w kryzysie męskości. Emmett do Saliny trafia, bo uderzył chłopaka wyśmiewającego fakt, że jego ojciec nie był na wojnie. Bawi się Towles koncepcją literatury przygodowej - nie trudno zauważyć, że jego bohaterowie są jak trzej muszkieterowie, których przecież było i czterech. To ulubiona książka nad wyraz rozwiniętego mentalnie Billy’ego, który w podróż weźmie też leksykon bohaterów - od Achillesa do Zorro.

Droga i podróż we XXI wieku stały się raczej przerywnikiem przed dotarciem do celu. Rzadko podróżujemy dla samego przemieszczania się i przeważnie nie mamy ani czasu, ani środków na to, by wyprawa przybierała spontaniczny charakter. Bilety zakupione z wyprzedzeniem, bo promocja. Hotele zarezerwowane równie wcześnie z racji tak promocji, jak i dostępności. Nawet ucieczka ma dziś konkretny cel. I z tym przyzwyczajeniem współczesnego człowieka Towles pogrywa sobie w “Lincoln Highway”, która - jak po nią sięgniecie - okaże się co chwilę prowadzić czytelnika na manowce, skręcając w zaskakujących momentach z przyjętej drogi i odkrywając przed nami dziesiątki historii, często nawiązujących do mitologii czy innych amerykańskich powieści drogi.

Towles doskonale buduje swoich bohaterów. Diablo inteligentny Duchess wydaje się być demoniczny i manipulujący, jego kompan Woolly to zabawne dziecko bogaczy, które nie poradziło sobie z możliwością łatwego życia. Do tego zaradny Emmett i zakochany w mitycznych bohaterach Billy. Pisarz doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie takim bohaterom najchętniej kibicujemy. Nie da się jednak ukryć, że trochę brakuje tu kobiet, ale jest to spowodowane choćby tym, że Towles nie próbuje zreinterpretować toposów, a jedynie się nimi bawić. To chyba jedyna wada tej książki, bo poza tym “Lincoln Highway” wciąga na długie godziny i wydaje się być doskonałą powieścią nie tylko na wakacyjne wyjazdy.

“W każdej historii zabawne jest to, że można ją opowiadać tak długo, jak się chce”, mówi jeden z bohaterów powieści Towlesa, która jest jedną z niewielu jakie przeczytałem w ostatnich latach bez chęci ich skracania choćby o jedną stronę. Tak się ze mną można literacko bawić, wyprowadzać na manowce, na nowo opowiadać znane historie i puszczać oko. Towles wielokrotnie nawiązuje do tego jak się opowiada historie, przypomina, że już od czasów Homera opowieści zaczynają się “in medias res”, czyli „w środku rzeczy”. Homer bowiem “zaczął w dziewiątym roku wojny od Achillesa siedzącego w namiocie i pałającego gniewem”. I tak samo czytelnik “Lincoln Highway” choć będzie myślał, że zaczął na początku, szybko odkryje, że coś tu jest nie tak.

Numeracja rozdziałów w “Lincoln Highway” zamiast rosnąć, maleje. Napięcie i moja chęć poznania dalszych losów bohaterów tej książki jednak rosła z każdym rozdziałem. Bardzo zachęcam, bo naprawdę sporo tu jest do odkrywania.

jeden komentarz

Krystyna

26.07.2022 18:28

Fascynujące zwroty akcji, niezwykle postacie, sploty okoliczności, w sumie więcej ludzkiej życzliwości niż podłości... SUPER ❣️

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Iwasiów jak lody