Katarzyna Sajdakowska, Timof Comics, Paco Roca, Aimee de Jongh, Non Stop Comics, Bartosz Musiał

[RECENZJA] Paco Roca, "Koleje losu" i Aimee de Jongh, "Dni piasku"

Te dwa słusznych rozmiarów komiksy na stosiku wstydu przeleżały trochę czasu. Paco Rocę uwielbiam, ale obawiałem się go w większej, bardziej epickiej opowieści. Co innego Aimée de Jongh. O jej komiksie przypomniałem sobie dopiero dzięki zestawieniom “najlepszych komiksów roku”. W tym niemal pozbawionym słońca i nieobfitującym w radosne momenty miesiącu uznałem, że komiks, w którym jest aż za dużo światła, będzie tym, czego potrzebuję. O tym, że to cholernie smutna historia, a smutnych historii to ja przerabiam już za dużo, nie pomyślałem.

Oba komiksy są dziełami udanymi, świetnie narysowanymi, odmiennymi w przyjętej przez osoby autorskie stylistyce, ale jednak jakoś do siebie podobne. Oba bowiem są okropnie schematyczne. I to jest schematyzm, który niestety cechuje wiele dzieł komiksowych, jak i w ogóle literackich. Poruszanie się od punktu A do punktu B z kilkoma zaliczonymi po drodze dramatami, czy pozornie zaskakującymi zwrotami akcji, w powieściach można wypełnić językową watą, w komiksach - niezwykłym kadrowaniem, jakimiś wyjątkowymi pomysłami na stylistykę, a także - choć to trudne - język. Tu się nic takiego nie wydarzyło.

Paco Roca opowiada fikcyjną, ale opartą na tzw. faktach, historię Miguela Ruiza, uczestnika wojny domowej w Hiszpanii, który w tragicznych okolicznościach uciekł do Francji, wziął udział w II wojnie światowej, finalnie stając się członkiem “Dziewiątki” (“La Nueve”), legendarnej kompanii Hiszpanów, która jako pierwsza wjechała do wyzwalanego przez aliantów Paryża. Historia fascynująca i zdecydowanie warta poznania.

Niestety Roca wybrał najbardziej banalny sposób narracji, jaki tylko istnieje w komiksach opowiadających o przeszłości. Do niechętnego światu, mieszkającego w małym francuskim miasteczku, Ruiza przyjeżdża hiszpański dziennikarz Paco. Bohater “Kolei losu” (tłum. Katarzyna Sajdakowska) początkowo nie chce nic mówić, ale ponieważ mamy przed sobą 300 stron komiksu, to jest oczywiste, że długo droczyć się nie będzie. I tak komiks zapełnia się w kilka sesji z dziennikarzem, który trochę dopytuje Miguela, niekiedy zwraca uwagę na jakieś pominięte wątki i towarzyszy starszemu panu w codziennych czynnościach. A historia się opowiada. Nie jest to szczyt wyrafinowania w narracji. I jakkolwiek komiks opowiada historię, o której niewiele wiedziałem, jest doskonale udokumentowany, tak żeby uznać “Koleje…” za dzieło spełnione, to za mało.

Gdzieś widziałem stwierdzenie, że jest to “hiszpański ‘Maus’”. Po pierwsze porównywanie wszystkiego do “Mausa” to dość banalna zagrywka, której też czasem jednak ulegam, po drugie komiks Arta Spiegelmana był dramatem rodzinnym, w którym bohater, którego ojciec “krwawi historią” również musi przewartościować swoje życie. W życiu Paco, który rozmawia z bohaterem wojennym zmienia się niewiele.

W przypadku “Dni piasku” (tłum. Bartosz Musiał) holenderskiej rysowniczki również mamy do czynienia z mało znaną opowieścią o przeszłości, niestety finalnie komiks jest banalnym moralitetem o przemianie głównego bohatera. Ale o tym za chwilę. Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, w roku 1937. Młody Johna Clarka chce pracować jako fotograf i udaje mu się przekonać redaktorów jednego z magazynów, którzy wysyłają go w rejon zwany “dust bowl”, w którego “skład wchodzi część Kansas, Teksasu, Nowego Meksyku, Kolorado” i Oklahomy. Ten ostatni stan będzie celem Johna, który ma zadanie udokumentować tamtejszą suszą. Redakcja prosi o przesłanie zdjęć przedstawiających m.in. “burzę pyłową”, “głodne dzieci”, “osierocone dzieci”, “rolników przy pracy”, czy “krajobraz z zasypanymi domami”.

I tak nasz bohater trafia w miejsce, gdzie rolnicy wyjałowili ziemię do tego stopnia, że wszędzie unosi się piaskowy pył, uniemożliwiający życie. Dzieci umierają na pylice, brakuje jedzenia i niemal wszyscy szykują się do ucieczki. Zadanie Johna wydaje się banalne i początkowo idzie mu świetnie, ale im dłużej przebywa z lokalną społecznością, tym ma więcej wątpliwości. John bowiem odkrywa, że jego zdjęcia nikomu nie pomogą (tak mu mówiono w redakcji), oraz że wchodząc w intymność biednych mieszkańców terenów dotkniętych - jakkolwiek przez nich zawinioną - katastrofą ekologiczną, jest mocno nieetyczne. W finale, co łatwo przewidzieć, John pożegna się z zawodem w dość dramatyczny sposób. Obowiązkowo będzie w komiksie czas na miłość, problemy z ojcem (okazuje się być słynnym fotografem) i mimo wszystko optymistyczny finał. Nasz bohater już jako nowy człowiek wraca do Nowego Jorku, gdzie może być teraz kim chce.

“Dni piasku” są doskonałe od strony wizualnej, autorka jest fantastyczną rysowniczką, doskonale umiejącą w kolorystyczne niuanse, dobrze wydobyte w druku dzięki temu, że nie oszczędzano tu na jakości papieru. Jednak sama historia jest okropnie sentymentalna, przewidywalna i schematyczna, trochę dickensowska, a trochę jak z mokrego snu amerykańskiego neoliberała, który w każdej katastrofie widzi szansę jak nie na zarobek, to na przyszłość, w której każdy może stać się nowym sobą. Opowieść o roli fotografii i wątpliwości Johna są również dość banalnie opowiedziane, mocno pod oczekiwania czytelnicze. Bardzo za to podobał mi się wątek dotyczący zmian klimatycznych, przypominający, że niczego się nie uczymy i ciągle powtarzamy te same błędy.

Problemem zarówno “Dni piasku”, jak i “Kolei losu” jest schematyzm narracji, opowiadanie historii zaczynających się oczywistym początkiem i zmierzających do jeszcze bardziej oczywistego zakończenia. Obowiązkowo pojawiające się wątki romantyczne są kiczowate i kierują nas w stronę literackiego banału. Jakkolwiek oba komiksy nie są świetnie narysowane i opowiadają historie, z którymi warto się zapoznać, to schematy w nich obecne naprawdę nie radowały mojego przymierającego z braku słońca serduszka.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Romansowa Teresa