Noir Sur Blanc, Cătălin Mihuleac, Kazimierz Jurczak

[RECENZJA] Cătălin Mihuleac, "Złota dziewczynka z Jassów"

Bardzo potrzebowałem takiej lektury! „Złota dziewczynka z Jassów” Cătălina Mihuleaca (tłum. Kazimierz Jurczak), to powieść zarówno smutna, jak i zabawna, współczesna i historyczna, niezwykle wciągająca w swoją podwójną narrację.

Zaczynamy w mitycznej Ameryce. Jest XXI wiek i „Ameryka robi porządki”. Ameryka ma za dużo przedmiotów, zwłaszcza ubrań, których chętnie się pozbywa - uspokaja sumienie przekazując je do towarzystw dobroczynnych w rodzaju Goodwill czy Armii Zbawienia. Stamtąd ubrania trafiają do firm, które sprzedają je niemal na cały świat. „W Europie Zachodniej, ale zwłaszcza we Wschodniej. Co kraj, to obyczaj. Holandia chce stare płyty winylowe i wszystko, co bardziej amerykańskie” - pisze Suzy Bernstein w Prologu do „Złotej dziewczynki…”

Od 2000 roku do tego łańcucha pokarmowego dołączyła niewielka, rodzinna firma Bernstein Vintage Ltd., którą prowadzi ta rzutka, choć niezbyt umiejąca pisać, kobieta. Narratorka, a raczej - jak się za chwilę okaże - właścicielka opowieści, doskonale wie, kto przyczynił się do jej w miarę szybkiego wzbogacenia się.

„Mówię swoim dzieciom:
- Bądźcie dobre dla narkomanów, weteranów wojennych i bezdomnych. Oni nas utrzymują. Oni nam kupili limuzyny. Narkoman i bezdomny zapłacili za naszego lexusa. Oni płacą za nasze wakacje w Europie. Oni opłacą wasze czesne na uniwersytecie”.

Suzy chce nam jednak opowiedzieć coś więcej. Ale - jak przyznaje - jej styl literacki przypomina „raport księgowego”.

Jest jednak osobą dobrze zorganizowaną, zatem na rumuńskiego pisarza, Cătălina Mihuleaca trafia dzięki lekturze sporządzonej dla niej „listy rumuńskich pisarzy”. Inna sprawa, że był on jedynym pisarzem, który zgodził się z Suzy rozmawiać bez pośrednictwa agenta. Zwyczajnie dlatego, że go nie miał - autoironicznie pisze Mihuleac. A Suzy? - Poza tym doceniłam u niego brak dużego brzucha - nie owija w bawełnę właścicielka firmy przerabiającej niechciane ciuchy na ubrania „vintage”.

Suzy uprzedza nas, że historie będą dwie, jedna jej własna, druga - otrzymana - a od kogo, kiedy i dlaczego - wszystkiego dowiemy się swoim czasie, gdy Mihuleac już zasiądzie do pracy i skrzętnie opisze wszystko, czego dowiedziała się o historii Suzy. Z humorem i olbrzymim dystansem do siebie opowiada ona losy swoje rodziny, aż dochodzi do punktu zwrotnego, momentu, w którym odkrywa jej przeszłość i dramat. I choć czytelnik bez trudu domyśla się o jakim dramacie będzie opowiadać Suzy (zwłaszcza, że w polskim przekładzie miejscowość Jassy trafiła do tytułu powieści, co nie miało miejsca w oryginale), to zanim do dojdzie do tragicznych opowieści, będzie obcował ze specyficznym, trochę wisielczym humorem narratorki, która przenikliwie opisuje swoje amerykańskie życie.

Dawno, dawno temu Suzy mieszkała w Rumunii i była księgową w domu handlowym Mołdawia. Tego dnia, gdy poznała Dorę, jej pracodawca, pan Finkelstein oddelegował ją do oprowadzania dwójki amerykańskich Żydów - matki i syna.

- Dora Bernstein. Mów mi Dora.
- Sânziana Stipiuc. Proszę mi mówić Sânziana.
- OK, Suzy

Cóż… “Amerykanin najlepszym przyjacielem człowiek”, jak głosi tytuł drugiej części powieści. Ta zjadliwa satyra na Amerykanów, Żydów, Rumunów przeradza się jednak w coś o wiele poważniejszego, gdy docieramy do opowieści o Dorze, dawniej Gołdy Oxenberg.

Doktor Oxenberg prowadzi życie raczej szczęśliwe. Ma żonę, dwójkę dzieci o imionach, które mu się podobają i jeden z niewielu jeżdżących po rumuńskich drogach samochodów. Są Żydami, ale fakt ten zdają się ignorować. Dziesięcioletni synek ma na imię Lew, bo matka “chciała złożyć skromny hołd uwielbianemu przez siebie Tołstojowi”, a przecież mógł mieć na imię Lejb albo Leo. Gołda - to imię pasowało do niemowlęcia płci żeńskiej jak żadne inne. Jest miękkie, jak pluszowa zabawka. Może nie jest to życie jak w bajce, antysemityzm daje o sobie znać, ale dla małej Gołdy będzie to czas najwspanialszych wspomnień.

Do pana doktora w Jassach przyjeżdżają zamożne kobiety z całej okolicy. Dochodzi do tego, że “w przybudówce szpitala żydowskiego kładą się również chrześcijanki, potomkinie w linii prostej Decebala i Trajana. Wraz z elegancką jedwabną bielizną jest odkładany na
bok również antysemityzm”. Jakoś można się dogadać.

“Dla Gołdy baśń kończy się definitywnie 29 czerwca 1941 roku”.

Już wiecie, o czym będzie dalej?

Według oficjalnych danych w dokonanym przez Rumunów pogromie w Jassach, zginęło 13 266 osób. W samym mieście zamordowano ponad osiem tysięcy osób, pozostałe aresztowano i zapędzono na dworzec, po czym załadowano do wagonów. Składy przez osiem dni krążyły po kraju. Ofiarom nie pozwalano napić się wody. Przy okazji pogromu w Jassach często podkreśla się fakt, że wszystko wydarzyło się zupełnie jawnie, przy udziale setek osób.

Mihuleac fantastycznie w “Złotej dziewczynce…” przechodzi od realistycznych opisów, do niemal surrealistycznego czy ekspresjonistycznego opisu samych doświadczeń pogromowych. Nie ma tu krztyny kiczu. To, co może drażnić to nadmiar informacji, które autor próbuje czytelnikom przekazać, co bardziej pasuje do literatury non-fiction, ale - pamiętajmy - to opowieść Suzy, zatem jest Mihuleac usprawiedliwiony za cytowanie roczników statystycznych.

Kluczowym pojęciem dla książki Mihuleaca jest “vintage”. Vintage, ta "elitarna jednostka ubrań", pozwala stworzyć nową tożsamość - można się przebrać za kogoś z przeszłości. Ale czy chcielibyśmy się przebrać za Dorę? Czyją historię przechowują nasze ubrania? W “Złotej dziewczynce…” Suzy opowiada, że Rumuni bardzo lubią kupować ubrania “vintage” jako prezenty świąteczne: “Najodpowiedniejszy jest prezent vintage z dołączoną opowieścią. Patrz, kochanie, znalazłem w końcu dla ciebie sukienkę, którą nosiła Marilyn Monroe w Słomianym wdowcu. Przymierz, a ja włączę wentylator; zobaczymy czy tobie też się tak podniesie jak jej”.

Nie jest niczym dziwnym, że współczesne opowieści o Holocauście łączą w sobie farsę z dramatem, komedię z tragedią, popkulturę z historię - z pewnością ułatwia to nam lekturę, bo my przecież już tę opowieść jakoś znamy. I są też - jak na przykład u Ishbel Szatrawskiej w “Żywocie i śmierci pana Hersha Libkina…” opowieściami o tym, co po Holocauście.

Niestety taka gra na przeciwieństwach często też kieruje autorów i autorki w kierunku kiczu, gdzie ostre przejścia między sposobami opowiadania, nadmierna emocjonalność i wyostrzenie charakterów postaci ma w dość prostacki sposób wywołać u czytelników emocjonalne reakcje. Nazywamy to kiczem. Mihuleacowi udaje się uniknąć wszystkich tych pułapek. Szkoda tylko, że wydawnictwu się nie udało i zamiast jakiegoś ładnego przekładu oryginalnego tytułu “America de peste pogrom”, dostaliśmy kolejną “dziewczynkę skądś”. A to zupełnie nie jest literatura w typie “Auschwitz z Auschwitz”, jak to wspaniale kiedyś określił kolega Przemek Dębowski. To jest naprawdę dobra literatura.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej