Czarne, Kalina Błażejowska, wywiad, Gazeta Wyborcza

[GAZETA WYBORCZA] "Zagłada chorych psychicznie. "Próbując ratować dziecko, rodzice przyspieszali jego śmierć""

Zagłada chorych psychicznie nie jest tematem lektury, który poprawia nastrój. Nie ma tu niczego, co lubi fejs czy insta - pocieszenia, śmiechu, nawet nie ma się o co pokłócić, bo przecież wiemy, że to przerażające. A jednocześnie - wydaje mi się - niewiele wiemy. Znamy hasło encyklopedyczne, a nie historie konkretnych osób. Do nich dotarła Kalina Błażejowska, autorka bardzo dobrze napisanego, wymagającego mnóstwa wkładu, reportażu “Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych”. 

W moim miejscu pracy znajdziecie dzisiaj naszą rozmowę. Dajcie lajka, proszę. Tak, mimo wszystko. Niech się niesie. 

***

Kalina Błażejowska: W szpitalu możliwe były wizyty. W niedzielę. Przygotowywano wtedy inne posiłki dla dzieci, próbowano stworzyć wrażenie, że wszystko działa zgodnie z oczekiwaniami. Rodzicom pozwalano rozmawiać z dziećmi w osobnej sali. Widzieli, jak ich dzieci stają się apatyczne, chude, wylęknione, słyszeli, jak płaczą, że chcą do domu. I domagali się ich zwrotu. Dosłownie tak pisano: „domaga się zwrotu dziecka". Wtedy przychodziła informacja, że dziecko nagle zmarło. Przyspieszano zabójstwa, by nikt nie rozpętał większej afery i nie zdążył zabrać dziecka. Próbując ratować dziecko, rodzice de facto przyspieszali jego śmierć. Właśnie tak było w przypadku Herberta.

Wojciech Szot: Henryk Lelonek, drugi bohater twojej książki, miał więcej szczęścia.

KB: Niezwykła jest historia jego matki, która niezłomnie próbowała go uratować. Kobieta uparta i odważna. Pisała do wszystkich możliwych urzędów, prosząc o zwrot dziecka. Robiła to z miłości do syna, ale też na pewno z poczucia winy. Wiedziała, że Henryk nie trafiłby do „sanatorium", jak eufemistycznie nazywano szpital psychiatryczny, gdyby nie to, że w ramach kary zamknęła go na noc w komórce z węglem. Po tym wydarzeniu Henryk zaczął się moczyć w nocy. A to dla nazistów był wystarczający powód, by umieścić dziecko w szpitalu, a nawet je zabić jako nieprzystosowane do życia w społeczeństwie. 

WSZ - Dla rozmowy z Henrykiem Lelonkiem opóźniłaś wydanie książki.

KB - Tak to bywa, że kluczowi świadkowie znajdują się, gdy już nie masz nadziei. Znałam jego akta oczywiście, ale w nich nie było ani słowa o tej historii z węglem. Miałam wielkie szczęście, że Henryk Lelonek jest wspaniałym człowiekiem i szczerym rozmówcą. To bardzo rzadkie, bo wielu potencjalnych rozmówców odmawiało albo zbywało mnie milczeniem.

***

Ile nie wiemy o swoich rodzinach, o ofiarach wojny tak przecież już niby dobrze przebadanej, dowiecie się z naszej rozmowy, ale polecam lekturę książki, która mnie - jak mówię w tekście - przeorała.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej