Wydawnictwo Literackie, Olga Tokarczuk

[RECENZJA] Olga Tokarczuk, "Empuzjon"

Jak wyjrzeć spod “kłębów pary z parowozu”? To niełatwe dla człowieka zadanie. Człowiek patrzy przez dym, przedziera się wzrokiem, mruży go, szukając ostrości pozwalającej na zidentyfikowanie znanych mu artefaktów.

Chyba że narrację oddaje się w ręce, oczy, a może jeszcze coś innego (czułki?) bezimiennych - jak wynika z otwierającego “Empuzjon” Olgi Tokarczuk spisu “Osób” - “bezimiennych mieszkańców ścian, podłóg i stropów”. Albo gdy miesza się narracje i nie zawsze wiadomo, kto tu opowiada, choć łatwo można zauważyć, że wszystkowiedzący narrator snuje historię Mieczysława Wojnicza w czasie przeszłym, bezimienni mieszkańcy zaś w teraźniejszym. Pojawienie się zbiorowej postaci narratorskiej, która wcale nie będzie neutralna i niewinna, jak się można przekonać pod koniec powieści, daje Oldze Tokarczuk możliwość opowiedzenia świata w trochę innym jego wymiarze. I wprowadzenia nastroju grozy. W końcu to horror i do tego “przyrodoleczniczy”.

Gdy już wyjrzymy spod kłębów pary, na peronie pojawi się “lewy but, brązowy, skórzany, nie pierwszej nowości”. Do niego dołączy drugi, “jeszcze bardziej sfatygowany”. Buty zapowiadają człowieka i często też go opowiadają. Początek powieści nie jest nowy, to niezbyt mocno zmieniony fragment opowiadania "Goerbersdorf" zamieszczonego w “Odrze” w 2008 roku. Tokarczuk, jak sama mówi w wywiadach, nosiła się przez lata z zamiarem napisania książki, której akcja działaby się w tym legendarnym, dolnośląskim miasteczku.

Sokołowsko zaistniało już w “Gorzko, gorzko” Joanny Bator, ale to “Empuzjon” sprawi, że na stałe zamieszka w artykułach w rodzaju “dziesięć najciekawszych wycieczek literackich na weekend”. O tym, że takie podróżowanie jest niezwykle przyjemne, przekonałem się w Stambule, mieście które wydawało mi się, że znam dobrze. Dopóki nie przeczytałem “Muzeum niewinności” Orhana Pamuka, powieści, która otworzyła przede mną nowe widoki. Sokołowsko, cicha i spokojna wieś wciśnięta między górskie szczyty, została “odkryta” w połowie XIX wieku. W 1855 roku uruchomiono tu sanatorium dla gruźlików, a całą tę historię pewnie Państwo już znacie, bo od kilku miesięcy o Sokołowsku głośno. Zdaniem jednych aż nadto, zdaniem drugich - wreszcie. Pożyjemy, zobaczymy.

Jednak nie o początkach sokołowskiego uzdrowiska jest to opowieść. Nastał rok 1913, a Mieczysław Wojnicz, “katolik, student Politechniki Lwowskiej” przyjeżdża do sanatorium mając nadzieję na podratowanie zdrowia nadwerężonego przez gruźlicę. Bohater powieści “składał się z przypadłości, w których najlepiej orientował się nawet nie on sam, lecz jego ojciec, January Wojnicz, emerytowany urzędnik i ziemianin”. Właściwie od samego początku wiemy, że z Mieczysławem jest “coś nie tak”. Owe przypadłości, z których się składa, to przecież nie tylko choroba. Już po kilku stronach dowiadujemy się, że Wojnicz bał się, że ktoś może go podglądać. To trochę dziedziczne - January też był podejrzliwy wobec spojrzeń innych. U syna przerodziło się to nieomal w obsesję.

Wojnicz będzie się próbował leczyć, w Pensjonacie dla Panów pozna kilku nieprzyjemnych mężczyzn, którzy obdarowują osoby czytające i bohatera stekiem bzdur na temat kobiet. Wszystko to dzieje się przy popijaniu Schwärmerei, nalewki, która smakowała “egzotycznie” - “była słodka i gorzka jednocześnie, przy tym ostra, jak słynne Sieben-Kräuter, do tego czuło się w niej jeszcze jakiś posmak mchu, lasu, czegoś jak piwniczne drewno i jak lekko spleśniałe jabłka”. Nalewka wyostrza zmysły i pobudza do rozmowy. W finale okaże się trunkiem zdradzieckim i niebezpiecznym, co nie jest żadnym spoilerem, bo przecież o alkoholu mowa.

Unikanie spoilerowania “Empuzjonu” nie jest łatwe, bo już na samym początku ginie Klara Opitz, żona właściciela pensjonatu. Co prawda wszyscy uważają, że popełniła samobójstwo, ale to jednak podejrzana sprawa. Coś tu brzydko pachnie.

Wśród przebywających w pensjonacie mężczyzn szczególną uwagę głównego bohatera przykuwa Thilo von Hahn, przedstawiony jako “student z Berlina”, mający “szkliste od gorączki oczy, które zdawały się odbijać wszystko, co widzą”. Student rzuca Wojniczowi “pełne nadziei spojrzenie, sugerując jakąś generacyjną zażyłość”, a jak możemy się domyślić - nie tylko o generacyjną wspólnotę tu będzie chodzić.

Najwięcej miejsca w powieści zajmuje prezentacja poglądów mężczyzn na temat kobiet. Zebrane w jeden nieomal wykład wypowiedzi z wielu epok pokazują, w jaki sposób przez wieki traktowano kobiety i jak o nich mówiono. Fragment dla was:

“- Pan powiedział, że mężczyzna kształtuje niejako tożsamość indywidualną kobiety. Państwo z kolei kształtowałoby jej role społeczne... – August zwrócił się do Frommera. – Kościół zaś jej życie duchowe…”

I jeszcze jeden:

“(...) ciało kobiety należy nie tylko do niej, ale do ludzkości. Jako że rodzi, jest własnością ogólną, ta jej zdolność do rodzenia nie może być traktowana jako jej cecha pry-wa-tna (...) - Będąc sobą, kobieta jednocześnie należy do nas wszystkich”.

Oczywiście lektura tego rodzaju poglądów byłaby wyjątkowo nudną (i trochę taką jest), na szczęście ma dla nas Tokarczuk błyskotki literackie. W tle bowiem cały czas dzieją się niepokojące sprawy. A to coś chodzi po strychu, a to Wojnicz będzie zdradzał swój pociąg do “niemęskich” rozrywek, a to panie Brecht i Weber będą przyglądać się jak bohaterowie “Empuzjonu” idą na grzyby. Drugoplanowe postacie kobiece są tu fantastyczne i Tokarczuk niejednokrotnie puszcza oko do osób czytających, jak choćby w scenie, w której poznajemy panią Sydonię. Najpierw widzimy jej “przetartą pozłotę zegarka na łańcuszku przypiętym do fartucha”. Potem dowiadujemy się, że bohaterka ma na nazwisko Patek. Ot, drobna rzecz, a cieszy. Brecht i Weber nie przypadkiem zawsze są razem, a skojarzenie z Mojrami będzie tu jak najbardziej na miejscu, bowiem jest z nimi jeszcze jedna kobieta, ale ta akurat rzadko pojawia się publicznie. Zamiast przędzy będą łuskać bób.

Na tej samej zasadzie osoby czytające mogą się bawić w rozpoznawanie tropów literackich, od których skrzy się ta powieść. Dużo bardziej niż “Czarodziejska góra”, fascynują w “Empuzjonie” nawiązania do Schulza. Relacja z ojcem czy ciągle wspominana lwowska służąca Gliceria kierują nas ku Adeli i Jakubowi. Lwowskie wspomnienia, które nosi ze sobą Wojnicz, bywają niezwykle schulzowskie, jak choćby wizja ropuchy siedzącej na stercie ziemniaków. Bohater pragnie ją zabić, a jednocześnie sama możliwość tego czynu przeraża go, zwłaszcza że rozgnieciona mogłaby skazić kartofle. “Odtąd, kiedy wkładał dłonie do beczki po ogórki, bał się, że ona jakimś cudem tam przeszła i teraz niechcący ją chwyci”.

Żaby w ogóle odgrywają ważną rolę w “Empuzjonie”. W końcu to w “Żabach” Arystofanesa pojawiają się tytułowe “empuzy”, czyli zmiennokształtne kobiece demony, a jak mówi Wojniczowi lekarz: “Gdyby się panu śniły jakaś woda, jakieś żaby, mokre i, o, na przykład jaskinie, to mogłoby znaczyć, że ma pan kompleks własnej nieobecnej matki”. Jeden z bohaterów pijackich rozmów w Pensjonacie dla Panów przypomina, że “baba, żaba, diabeł trzeci to rodzone dzieci”.

Zmiennokształtność empuz to klucz do odczytania “Empuzjonu”, ale cóż - spoiler alert.

Skoro już przy płynności płci jesteśmy, to trzeba przyznać, że Tokarczuk całkiem ciekawie pisze w “Empuzjonie” o życiu osób nieheteronormatywnych na wiele lat przed powstaniem tego słowa. Wojnicz, który właściwie od samego początku jest postacią binarnie nieoczywistą, stosował na przykład “strategię oporu”. Polegała ona na tym, że “niby brał udział w narzuconej grze, a jednak jakoś jej umykał. Lekkie przesunięcie muszki, niedostrzegalne dla innych, niweczyło całe przedstawienie”. Ubranie jako kod rozpoznawczy, bunt przeciwko normie, nienormatywna historia pełna jest tego rodzaju historii. “Być mężczyzną to nauczyć się ignorować to, co sprawia kłopot” - myśli Wojnicz. Być mężczyzną to udawać i grać. Męskość jako przedstawienie, występ na publiczny użytek odgrywa w “Empuzjonie” niebagatelną rolę. Dodam, że wzruszająca jest również relacja Wojnicza i Thila, może nadmiernie wyidealizowany to obrazek, ale zgodny z konwencją i napisany z uczuciem.

Jestem fanem tego, w jaki sposób Tokarczuk wprowadza na scenę postacie. Bywają tu sceny o filmowych rozmachu. Wojnicz wyłaniający się w żabiej perspektywie z obłoków pary na dworcu to przecież otwarcie w stylu kina noir. Podobnie fantastyczna jest u noblistki umiejętność opowiadania czasu w powieści. Weźmy pierwsze tylko strony. Nie pisze autorka: “Jest rok 1913”, a wprowadza scenę pisania listu do ojca i kieruje wzrok narratora na palce Wojnicza, które kreślą datę. “Najpierw powstały dwie cyfry, tworząc “13”, potem prosta kreska i krzyżyk “IX”, a za nim kolejne cztery cyfry składające się na “1913””. Nie ma pośpiechu, skrótu, narrator niczym operator kamery powoli towarzyszy momentowi, gdy “ołówek ruszył po papierze równo i wytrwale”, a “papier uginał się pod krągłymi kształtami liter”.

O ile zachwycają mnie techniczne umiejętności Tokarczuk, tak niekiedy męczył mnie język “Empuzjonu”. To powieść z barwnymi opisami, acz - jak na mój gust - przesadnie naładowanymi przymiotnikami. Język Tokarczuk jest gawędziarski, ale zdanie “(...) zauważył w fotelu przy oknie szczupłego mężczyznę o wyrazistych ptasich rysach, w drucianych okularach na wydatnym nosie”, zdaje mi się przesadzone. Ezra Pound pisał o takich przymiotnikach: “farbowane”. Pewnie zżymałby się, widząc ile tu “siły biorącej się z retorycznego szumu i lubieżnego rozpasania”. Dlatego mamy w “Empuzjonie” i “spiczasty rożek”, choć chyba nie ma niespiczastych rożków, czy akapity, w których jedno słowo powtarzane bywa w każdym niemal zdaniu, jak choćby ten:

“Gdy doktor wpadł do poczekalni, (...). Mieczysław prawie truchtem ruszył za doktorem do (...) Jakoś nie zaskoczyło Wojnicza, że przy biurku doktora (...). Doktor, nie odwracając się (...). Podał doktorowi list polecający od profesora Sokołowskiego, ale doktor tylko…”

Powtórzenie w literaturze może być tylko po coś, nigdy z przypadku. Tokarczuk zapewne chodzi o podkreślenie dystansu między bohaterem, a lekarzem, choć możliwe też, że książka po prostu momentami jest zredagowana zbyt pobłażliwie. Konwencja nadmiaru językowego, z której pisarka korzysta, może się dodatkowo kojarzyć z literaturą epoki, do której “Empuzjon” nawiązuje. Po lekturze książki zastanawiałem się jednak, jakby historię Wojnicza i jego towarzyszy sanatoryjnej niedoli napisały Joan Didion, czy Flannery O'Connor. Albo Hanna Krall. W literaturze jestem zwolennikiem skalpela, a nie obszywania.

Jednym ze znaków rozpoznawczych prozy Tokarczuk jest umiejętność przechwytywania historii i opisywania jej w taki sposób, że wykracza ona poza granicę fikcji. Z pewnością niejedna osoba po lekturze “Empuzjonu” będzie szukać w ikonostasie sokołowskiej cerkiewki wizerunku świętej Emerencji, który podziwiają i komentują bohaterowie powieści. Tworzenie apokryfów, przywoływanie mało znanych opowieści burzących znane narracje, będących na pograniczu mitu, ludowej wiary i zwyczaju, jest czymś, co w powieściach Tokarczuk zawsze podobało mi się najbardziej. W dość nużącym momentami “Empuzjonie” były one przyjemnymi błyskotkami.

W przeciwieństwie do “Ksiąg Jakubowych”, które dokumenty i fakty traktowały poważnie, tym razem mamy do czynienia z wymieszaniem źródeł - od mizoginistycznych poglądów przedstawionych w powieści wziętych czasem od autorów, którzy na świat przyszli kilka lat po wydarzeniach opisywanych w książce (Kerouac), po choćby takie drobiazgi, jak fakt, że w 1913 roku Wojnicz sięga po “gazetkę po polsku”, która to gazetka (czego autorka nie zdradza) pochodzi z 1895 roku, gdy to „Tygodnik Ilustrowany” pisał, że “celem kuracji jest, żeby pacjent sam swoją chorobę zwalczyć się starał”. August August, socjalista i filolog, jeden z uczestników wieczorków w Pensjonacie dla Panów powie, że "cytat jest pełnoprawnym gatunkiem literackim". I jest to pewnie jedno z niewielu zdań, które wygłaszają antybohaterowie tej książki, z którym autorka się zgadza.

Jednym z takich apokryfów jest opowieść o noworudzkich czarownicach, które życie zakończyły na tamtejszej szubienicy, co miało miejsce 25 maja 1639 roku, gdy powieszono Evę Bernhard i Annę Tieffe. Karą za czary było nie tylko ścięcie, ale i pośmiertne spalenie zwłok. Tokarczuk do szczupłych informacji historycznych dopisuje opowieść o terrorze, jaki zapanował podczas polowania na czarownice. “Teraz kobiety czuły na sobie uważny wzrok księży, sędziów i ich pomocników. Nawet sąsiad był wrogiem. A może i brat czy mąż” - opowiada w “Empuzjonie” Walter Frommer, “teozof i tajny radca z Breslau”. Szubienica została rozebrana w 1937 roku, a czarownice jako pramatki dzisiejszych buntowniczek coraz częściej pojawiają się w polskiej prozie. Łatwo też zauważyć w tej historii puszczenie oka do książki Karola Maliszewskiego “Czarownica nad Włodzicą. Baśnie z Nowej Rudy i okolic”, w której to rycerz Stillfried zaprasza na kolację diabła.

Wydaje mi się, że “Empuzjon” w ciekawy sposób podsumowuje pewien stan wiedzy, którą mamy o świecie. Nie ma tu niczego szczególnie odkrywczego. Trochę nawet szkoda, że autorka nie połączyła w wypowiedziach swoich bohaterów antykobiecego dyskursu z dyskursem antyodmieńczym i antysemickim, choć pewne sugestie tu można znaleźć. Wszystko to zebrane w jednej, nie aż tak obszernej powieści robi wrażenie i przeraża, może czegoś kogoś nauczy, ale nie ma tu mowy o żadnej rewolucji. Bo wciąż najbardziej rewolucyjny jest głos kobiet, co pokazała w “Heksach” Agnieszka Szpila. Zestawiając te dwie powieści, Tokarczuk wydaje się być głosem dość tradycyjnym, nie szukającym w fikcji możliwości zobaczenia, jak mógłby wyglądać inny świat. Zdawałoby się, że zwiastunem nowego świata jest Wojnicz, ale ten w finale przecież… tak, wiem, spoiler alert.

Czy empuzy kiedyś dokonają rewolucji? Książka Tokarczuk wydaje się ją zapowiadać, ale zatrzymuje się w bezpiecznej odległości od współczesności, a już zwłaszcza od patrzenia w przyszłość.

Chciałoby się powiedzieć, że poprzez oddanie głosu wyłącznie mężczyznom, Tokarczuk w rzeczywistości oddaje głos kobietom. Tylko że - jak pokazują “Heksy” - rewolucję mogą zrobić tylko bohaterki, wiedźmy, które zburzą patriarchalny porządek świata. Fikcja jest też po to, by działo się w niej niemożliwe. Jeśli narrację można prowadzić z perspektywy “mieszkańców ścian”, to można i budować takich bohaterów, którzy dokonują przełomu. Bo to, czego potrzebujemy, to wymyślić świat, w którym strażników patriarchatu zamkniemy w pensjonacie i przestaniemy ich słuchać. Nawet ironicznie.

Można też spojrzeć na to inaczej. Prawie na samym końcu powieści nieumiejący w polskie zaimki dzierżawcze Frommer mówi (po polsku), że “wszystkie krzywdy, które zdarzyły w przeszłości, nie przestały istnieć, one wciąż rezonują i wprawiają nas w wewnętrzne drżenie”. I to wydaje mi się najważniejszym przesłaniem “Empuzjonu”. Wraz z ludową historią, opowieściami osób nienormatywnych, dochodzeniem do głosu kolejnych, do tej pory marginalizowanych grup społecznych, odkrywamy strukturę świata, w którym przyszło nam żyć. Uczymy się ją rozpoznawać, tak jak uczymy się w dzieciństwie odróżniać słodkie od gorzkiego. “Empuzjon” daje narzędzia do tego rozpoznania i jako taki jest powieścią z pewnością cenną. Zwłaszcza, że trafi pod strzechy, w których często rządzi patriarchat.

---

Korzystałem m.in. z: Richard Sieberuth, „Ezra Pound: Ekonomia poezji/Poezja ekonomii”, tłum. Artur Zapałowski, “Literatura na świecie” 1995, nr 1-2,; Olga Tokarczuk, “Goerbersdorf”, “Odra” 2008, nr 5; Daniel Wojtucki, “Publiczne miejsca straceń na Dolnym Śląsku od XV do połowy XIX wieku” [dostęp online]

dwa komentarze

Dioniza

19.07.2022 12:59

Trochę za dużo owej mizoginii. Ale z dotychczas pięciu przeczytanych „Empuzjon" stawiam na pierwszym miejscu.

Aga

26.07.2022 07:36

Czyli przeciętny pochłaniacz Netflixa raczej nie dowie sie dzięki tej książce niczego nowego o świecie?

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kto ocalił Izabelę Czajkę-Stachowicz?