Powergraph, Wit Szostak, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Wydawnictwo Literackie, Agora, Aleksandra Paszkowska, Marlena Gruda, Wojciech Charchalis, Andrzej Muszyński, Kallia Papadaki, Wydawnictwo Wyszukane, David Machado, Brit Bennett, Jarosław Westermark, Jasmin B. Frelih, Peter Pomerantsev, Miha Mazzini

Patronaty 2020

Wbrew pewnym nieprzyjemnym okolicznościom, które wszyscy znamy i mamy ich serdecznie dość, to był dla mnie całkiem przyjemny rok - wyszła moja książka, trochę popracowałem nad książkami innych osób, ale też patronowałem czy pisałem blurby.

I tak, ja wiem, że co chwilę pojawiają się opinie, że ile można blurbów, że to płacenie za opinie na okładkę (ale też za nazwisko na niej, polecanie w swoich mediach i czytanie przeważnie na ostry akord, czego już krytycy nie zauważają), ale robię to rzadko i naprawdę uważnie sprawdzam książki, na których miałbym się pojawić z imienia i nazwiska. W tym roku patronowałem sześciu książkom, w tym jednej dla młodszych czytelników, a moje polecanki można było znaleźć na czterech tytułach, co chyba nie jest jakimś wielkim przerobem i raczej świadczy o ostrożności w tej kwestii.

Przez cały rok patronowałem serii książek wydawnictwa Wyszukane, bo jest to jedna z najlepszych dzisiaj propozycji czytelniczych, jakie w Polsce się ukazują - książki z języków rzadziej przekładanych na polski, pokazujące współczesne i historyczne problemy Europejczyków, wciągające i bardzo różnorodne, co sobie najbardziej cenię, bo przy moich przerobić literackich, bywam znudzony powtarzalnością historii (np. monolog kobiety rozprawiającej się ze swoim dzieciństwem lub depresją jest przejmujący za pierwszym razem, za dwudziestym nawet arcydzieło smakuje przeciętnie). Z tych czterech tytułów najcieplej wspominam “Wymazaną” Mihy Mazziniego (tłum. Marlena Gruda), ale gwarantuję, że każda z nich jest po prostu interesująca i wciągająca. No i dobrze przełożona.

Patronowałem również książce Wita Szostaka, “Cudze słowa”, która to powieść jest kolejną w twórczości autora próbą opowiedzenia świata inaczej niż poprzednio. Ta potworna niekonsekwencja Szostaka może drażnić chwilami czytelników i czytelniczki, ale jest urokliwa i świadczy o tym, że dla autora literatura to nie tylko opowieść, a także pole eksperymentu. Eksperymentu, którego głównymi składnikami są słowo i namysł nad narratorem. Jako psychofan Szostaka jestem przeszczęśliwy z tego patronatu, bo “Cudze słowa” po raz kolejny pokazują, że czarowanie słowami, fraza i namysł nad książką jako konstrukcją fikcji są u Szostaka na najwyższym poziomie. W tym roku przyjaciel Szostaka, Dobrosław Kot wydał też esej “Tratwa Odysa. Esej u uchodźcach”, w którym pojawiają się wspólne dla “Cudzych słów” i poprzednich książek Szostaka wątki.

Mam dla Szostaka taką frazę, którą niestety powtarzam od lat i pewnie długo jeszcze będę musiał - gdybyście chcieli poznać najlepszego najmniej znanego polskiego pisarza, to sięgnijcie po jego książki. Mam też wrażenie, że Szostak wcale by nie chciał, by ta fraza przestała do niego pasować.

Na trzech książkach dla dorosłych pozwolono mi (i zapłacono mi) nabazgrać kilka zdań. I tak polecałem i będę wszędzie polecał wstrząsającą książkę Petera Pomerantseva, “To nie jest propaganda” (przekład Aleksandra Paszkowska) o tym jak dzisiaj można manipulować naszymi decyzjami, jak wygląda świat, który jest z jednej strony przed nami ukryty, a z drugiej - wszyscy jesteśmy jego graczami. Od kiedy FB wykopał mnie z poprzedniej strony i dwa lata pracy wzięły w łeb (hasztag: przyjemne wydarzenia z 2020 roku), czuję się z Pomerantsevem jeszcze bardziej związany.

Książka Andrzeja Muszyńskiego, “Bez. Ballada o Joannie i Władku z jurajskiej krainy” przeszła niezauważenie, co jest dla mnie przyczynkiem do zastanowienia się nad kreacją autorską, którą tworzy Muszyński - bo to, że napisał dobrą powieść to jest jasne i większość tych, co na rynku książki się rozbijają, nie ma takiego talentu i nigdy nie zbliży się do zdań, które potrafi urodzić Muszyński. Niestety jest też autorem kompletnie nieobecnym w “polu literackim” - nie wiem, bo nie zajmowałem się promocją, a tylko napisałem blurba, gdzie piszę, że to wybitny pisarz, ale mam wrażenie, że Muszyńskiemu szkodzi to wycofanie (choć oczywiście każdy ma do niego prawo, ale wtedy ma też prawo do bycia niezauważonym), a z drugiej strony odsłania to absolutną miałkość rynku literackiego i obiegu festiwalowego, na którym wciąż musimy widywać choćby Nosowską, co jest raczej promocją dla festiwalu niż dla Nosowskiej. Marudzę, bo Muszyński napisał dobrą powieść, po którą może ktoś jednak sięgnie i poleci innym?

Na koniec zostawiłem sobie jedną z najlepszych książek mijającego roku, czyli “Moją znikającą połowę” Brit Bennett. Choć wydawca prosił o kilka zdań, to mu pełną recenzję wysłałem, bo nie wiedziałem, co jest ważniejsze, ale wiedziałem jedno - to literackie zjawisko, które zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń politycznych, faszyzujących wypowiedzi rządzących i militarnej agresji policji, ale też dyskusji o języku, zmianach w nim i dziadersach, staje się szczególnie ważne.

To historia o siostrzeństwie i jego sile, o rasie i sile uprzedzeń, zwłaszcza tych wbudowanych głęboko w nas. Bennett niezwykle sprawnie tworzy szeroką panoramę historyczną fikcyjnego miasta, jak i losów rodzin Stelli i Desiree. Świetny jest wątek udawania białej przez jedną z bohaterek, który przywodzi na myśl powieści Toni Morrison wielokrotnie piszącej o “koloryzmie” w rasistowskim społeczeństwie amerykańskim. Jednak do tego, co już akurat przez literaturę amerykańską rozpoznane od czasów Baldwina czy Morrison, Bennett dokłada olbrzymią dawkę queerowości, ale tu już za bardzo bym wam zdradził treść książki, zatem wiedźcie, że będzie mocno odmieńczo. Powieść o skomplikowanej tożsamości, jej budowaniu i odbudowywaniu, odkrywaniu i poszukiwaniu. Na bardzo wielu płaszczyznach.

Gdy zostałem poproszony o napisanie kilku słów na okładkę Bennett popatrzyłem na swoje półki w książkami (i sterty na podłodze) i pomyślałem, że w ostatnich latach trochę się zmieniła. Powoli zaczyna opowiadać inne doświadczenia. W XXI wieku wiemy już, że miliony osób nie mają swoich reprezentacji w literaturze, są z niej wykluczeni, albo traktowani patronacko, z góry, jak ten czarny chłopiec o imieniu Bambo, albo jak Nel, której mężczyźni z zapałem tłumaczyli świat. Albo jak Tomek, który znalazł się w “krainie kangurów”, bo lokalsi nie byli godni bycia reprezentantami własnego kontynentu.

Literaturę trzeba wymyślić od nowa.

Osiem różnych książek, z każdą z nich mam osobisty związek i nadzieję, że Państwo po którąś z nich sięgniecie. Polecam. Wojciech Szot.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Wakacyjne morze Zofii Posmysz