Gazeta Wyborcza, Mateusz Adamczyk, Jerzy Bralczyk, Maciej Makselon
[GAZETA WYBORCZA] "Prof. Bralczyk: Psów się nie "adoptuje", "prezydentka" dyskryminuje mężczyzn, a śląski to nie język"
Poglądy profesora Bralczyka na język polski nie byłyby tematem do dyskusji, gdyby nie wygłaszał ich publicznie.
Kilka dni temu w emitowanym przez TVP Info programie "100 pytań do" Bralczyk został zapytany o takie sformułowania jak "osoby ludzkie" czy "osoby nieludzkie". — Nie pasuje mi to. Tak samo, jak nie pasuje mi "adoptowanie" zwierząt. Jednak co ludzkie, to ludzkie. Jestem starym człowiekiem i preferuję te tradycyjne formuły i sposób myślenia.
Starość jako argument, by nie zmieniać przyzwyczajeń? Nie tego oczekuje się od ludzi, którzy chcą uchodzić za autorytety.
***
Ciekawe, że takie poglądy wygłosił tuż po powrocie z Festiwalu Góry Literatury, gdzie jawnie kpił z feminatywów, czy języka niebinarnego. A - jak wiemy - wielką zwolenniczką sformułowań takich jak "osoby ludzkie" czy "osoby nieludzkie" jest Olga Tokarczuk.
***
W moim miejscu pracy piszę o kolejnych niezwykłych wręcz fikołkach intelektualnych prof. Bralczyka, któremu po prostu brak empatii wobec tych, którzy postulują zmiany w języku.
***
— Oczywiście, że nie mamy obowiązku uznawania cudzych wyborów językowych — komentuje dla "Wyborczej" językoznawca Mateusz Adamczyk. — Możemy tego nie robić, ale wtedy narażamy się na zerwanie kontaktu. Zwykle jednak chcemy okazywać drugiej osobie szacunek. Swoją drogą, forma "osoba studencka" jest formą niewskazującą na płeć – dotyczy nie tylko osób niebinarnych, ale także tych, których tożsamość jest męska lub żeńska. Tego nie można niestety powiedzieć o słowach "student" czy "studentka".
***
— Problem w tym — komentuje Makselon — że prof. Bralczyk nie szanuje woli innych. Ktoś nie chce, by mówił o nim "Murzyn"? Wtedy słyszy: "Będę tak mówił, bo już jestem w takim wieku, że nie będę zmieniał przyzwyczajeń językowych". Kobieta chce, by do niej mówić "ministra"? "Mnie się nie podoba, więc będę mówił "pani minister". My szanujemy konserwatywne poglądy pana profesora, pan profesor poglądów innych od swojego szanować nie ma zamiaru?
***
Całość — TUTAJ
Eponym
02.09.2026 11:52
Istnieją konteksty, w których uczłowieczanie zwierzęcia, które jest członkiem rodziny jest zasadne i wyłamywanie się z tej normy jest naturalne, o czym sam Bralczyk mówi, kiedy opisuje śmierć swoich kotów - mówi o nich, że "odeszły". Sam dostrzega i przyznaje, że unika określenia "zdechły". I są to wyjątkowe sytuacje. Jednocześnie trzeba wziąć pod uwagę, że Bralczyk mówi normie i regule, czyli czymś, co dotyczy sytuacji niewyjątkowych, a więc innych niż śmierć pupila. Weźmy poniższą wymyśloną przeze mnie historię jako przykład: Złodziej włamał sie do cudzego domu przy ul. Babackiej 8 przeskakując przez płot podczas nieobecności gospodarzy. Policja nie zna motywów działania sprawcy. Świadkowie - okoliczni sąsiedzi dostrzegli, że złodziej zachowywał się w sposób przewidywalny: pogryzł trawę, oddał mocz i defekował na trawnik i w związku z tym policja szybko doprowadziłą do ujęcia sprawcy, którym okazał się 10 letni owczarek niemiecki. Historia ta pokazuje, że nie da się - przynajmniej dzisiaj - pisać i mówić o zwierzęciach, jako o osobach, bo byłoby to niezrozumiałe i śmieszne. Nie twierdzę, że nie istnieją argumenty naukowe na rzecz głoszenia, że wiele mitów na temat zwierząt służy ich bezsensownemu uśmiercaniu lub dręczniu. W tym cały problem, że język do tego łatwo się nie przystosowuje, bo nie jest to coś, co można ukształtować dowolnie. I choć problem praw zwierząt dostrzegam, dostrzegam również problem praktyczno-komunikacyjny. Ja nigdy nie chciałbym, żeby w parku właściciele wołali imieniem moim, mojego syna lub mojej mamy. Byłoby to bardzo niestosowne, krzywdzące i przykre. I to nie jest sprowadzanie sprawy do absurdu, to jest realny problem językowy, którego nie da się sprowadzić do chwytliwych fraz i ataków ad personam pana Makselona. O feminatywach Bralczyk mówił już tak wiele razy i wciąż nie da się odnaleźć dyskusji z jego realnym stanowiskiem, za to możemy odnaleźć ataki p. Makselona, który walczy z wymyślonymi przez siebie rzekomymi motywami i cechami osobistymi Bralczyka, a nie jego argumentami. Dla p. Makselona istnieje wrażliwość jedynie wobec kobiet akceptujących feminatywy, natomiast istnienie kobiet, które feminatywów nie akceptują, on przemilcza. A zdania w sprawie feminatywów rzadko sprowadzają się do "tak" lub "nie", bo w stosunku do niektórych feminatywów część kobiet powie "tak", a wobec innych f. powie "nie". Konsensus w tych sprawach to coś tak odległego, że w wielu przypadkach forma męska wypada lepiej. I nie należy zajmować pouczającej postawy wobec osób, dla których jakieś słowo źle brzmi i wiek, owszem, ma tutaj znaczenie, bo wiek, czyli długi czas posługiwania się daną normą i w związku z tym jej socjalizacją, prowadzi do określonych skojarzeń i w pewnym wieku naprawdę te nawyki trudno zmienić. Więc oprócz dyskusji "czy" je zmienić warto też dodać do tego dyskusję "czy zawsze" jest to możliwe dla wszystkich użytkowników i użytkowniczek. Konkludując mogę tylko napisać, że ubolewam, że polaryzacja w dyskusji występuje, ponieważ odnoszę wrażenie, że służy jedynie promowaniu bardzo napastliwych w treści wypowiedzi p. Makselona i promowaniu jego uproszczonego obrazu świata. O słowie "murzyn" także nie da się z Makselonem rozmawiać, ponieważ jego zdanie w tej sprawie sprowadza się do szantażu, a nie dyskusji z zajmowanymi stanowiskami. Słowo to, podobnie jak "żyd" lub "Żyd" miało znaczenie i neutralne i pejoratywne, a w Polsce, w której rzadko słyszalne były głosy osób opatrywanych tym słowem, ponieważ odsetek takich mieszkańców był znikomy, tradycyjnie dostrzegano tylko to neutralne. Niedawno Bralczyk tę ambiwalencję dostrzegł, co miało miejsce w toku dyskusji z czarnymi Polkami (kampania "Don't call me murzyn"), które zaprosiły go do dyskusji i przedstawiły swoje racje. Dla Bralczyka i Rady Języka Polskiego było to motywem do zmiany stanowiska i dobrze, że ta zmiana nastąpiła. I zmiana ta nie świadczy przeciwko Bralczykowi. Jednocześnie Bralczyk mimo dostrzeżenia, że słowo to ma negatywną konotację, broni tradycyjnego jego rozumienia w znaczeniu neutralnym, bo jest ono silnie zakorzenione. Nie jestem zwolennikiem tego podejścia, ale w przeciwieństwie do p. Makselona umiem je zidentyfikować i choćby streścić, co jest chyba elementarnym warunkiem uczciwości intelektualnej jakiejkolwiek dyskusji i polemiki.