Mikołaj Grynberg, Agora
Mikołaj Grynberg, "Rok, w którym nie umarłem"
Zacznę od sporu. Marek Bieńczyk na czwartej stronie okładki książki Mikołaja Grynberga pisze, że “polska literatura ma szczęście do zawałów”. Wymienia Mirona Białoszewskiego, którego “Zawał”, fabularyzowany dziennik z pobytu w szpitalu faktycznie jest wybitnym dziełem literatury. A do niego dokłada “Rok, w którym nie umarłem” Grynberga.
Jak to? Tylko dwa zawały? Trudny los literatów zaowocował zaledwie dwoma literackimi zawałami i już “szczęście do zawałów”? Świetnych opisów starzenia się, dojrzewania czy upijania się mamy mnóstwo. A zawał zaowocował - udanie - zaledwie dwukrotnie? Może jednak - na szczęście dla czytelników - polska literatura wcale do zawałów nie ma szczęścia?
To oczywiście spór żartobliwy, w którym najważniejsze jest to, że zgadzam się z oceną Bieńczyka - jest książka Grynberga wybitną opowieścią o tym, jak z dnia na dzień świat możemy zacząć oglądać z innej pozycji.
Zaczynamy jednak od zasypiania. W nocy bohater książki liczy. Precyzyjniej: liczy czas.
“Jedni obliczają perpetuum mobile, ja liczę czas. Tracę na to masę czasu”.
Czy uda się kiedyś znaleźć wzór, dzięki któremu obliczymy moment naszego wyłączenia się z codzienności? Czy jest “jakiś współczynnik holokaustowy”, pyta Grynberg i nie wiemy, czy to całkiem na serio. Wydaje się jednak, że czas, który pozostał skraca się powoli, a ostatni dech jeszcze przed autorem. A tu nagle na klatce piersiowej siada słoń. I trzeba jechać do szpitala. Tam zdać egzamin na ciężki przypadek (upadek w strategicznym miejscu pomaga) i trafić na tych, co wiedzą, jak pomóc.
“Dziwne, jak można się chwytać wszystkiego, choćby chwilowego złudzenia komfortu”, pisze Grynberg o momencie, gdy zdaje sobie sprawę, że wszystko teraz w rękach innych. On już swoje zrobił.
Relacja z SORu, na szczęście, nie jest sednem opowieści, którą znajdziecie w “Roku…”. Ale co tu jest sednem? Dla jednych będzie to pełne dystansu przyglądanie się samemu sobie, dla innych - często wsparte lubiącą przyciężką ironię anegdotą - rozważania o byciu mężczyzną. Jakkolwiek to brzmi, rzeczywiście Grynberg przygląda się rolom, które pełni w rodzinie - byciu synem, mężem, ojcem. I tej męskiej niezdolności do wyjście z paradnej kolczugi. Jest to oczywiście również opowieść o tym, jaką wartość nabiera życie, gdy jest zagrożone. Jak inne perspektywy otwierają się przed nami, gdy czujemy, że to wszystko właśnie może się skończyć. Tak jakby zawał przybliżył Grynberga do zrozumienia czegoś, o czym - jako pisarz i fotograf - zajmował się przez ostatnie dekady.
Jednak nie to mnie najbardziej w “Roku…” zachwyca. Nie jest nic dziwnym, że chorując zaczynamy widzieć siebie w innym świetle i nachodzi nas na refleksje o bardziej ogólnym charakterze. Nie jest też niczym już zaskakującym, że Grynberg potrafi to świetnie opisać, a samego siebie sportretować czasem wręcz brutalnie.
To, co mnie zaskoczyło i zachwyciło to mikroportrety ludzi, których Grynberg (lub jego fikcyjne alter-ego) napotyka na swojej drodze. Od przyjaciela, który sam pracuje na SORze i ma wysoko zawieszoną poprzeczkę, przez panią, która szmugluje do szpitala karpatkę, po narwanego rehabilitanta. Tego, co to palenie rzucił pięć dni temu i już myśli, że może być Szurkowskim. Kreślone nieraz kilkoma zdaniami obrazki składają się na wspaniałą galerię charakterów. Ludzkość zaczyna Grynberga raczej rozczulać niż irytować. To chyba nowe.
“Nigdy nie lubiłem urodzin”, przyznaje Grynberg i cieszę się, że ktoś napisał to głośno. Nie lubię, nie celebruję, w “socialach” ukryłem datę, zna ją kilka najbliższych mi osób. “Teraz się zastanawiam, że może jednak trzeba celebrować”, stwierdza odmieniony pozawałowy bohater, który - im bliżej końca tej książki - tym bardziej lubi siebie. - Muszę przemyśleć te urodziny zanim doczekam się zawału - pomyślałem po lekturze tego fragmentu. Może jednak warto czasem wspólnie ucieszyć się z samego siebie? Ciepło, które bije z tej książki jest naprawdę zaskakujące.
A może jest tak, że wcześniej chłodniej jednak czytałem Grynberga? Bo przecież nie można czytać tej książki nie myśląc o prawdziwym człowieku. Tym, co zawsze zamawiał espresso i pił je z zaskakującym wręcz skupieniem? Być może. Dlatego też po “Rok…” sięgnąłem późno, z obowiązku jurorskiego, obawiając się konfrontacji z nią niczym z wynikami po badaniu.
Niech was nie zwiedzie jednak to “ciepło”. Ostatnie zdanie tej książki jest złowieszcze. Przemiana bohatera na szczęście nie zaszła za daleko.
Skomentuj posta