Wojciech Szot, Zdaniem Szota

10 lat pisania

– A może by tak napisać coś o tym, co przeczytałem…

Dokładnie 10 lat temu przekułem myśl w działanie. Nie miałem pojęcia dokąd mnie to zaprowadzi. Ani ambicji, by prowadziło w jakimś określonym kierunku.

Na drodze do dnia dzisiejszego wydarzyło się wiele. Było codzienne pisanie o książkach, współpraca z Kurzojady, a następnie własne miejsce w sieci, które znacie jako Zdaniem Szota.

Pięć lat po pierwszym zdaniu pojawiła się na mojej drodze “Gazeta Wyborcza”, a nie tak dawno “Książki. Magazyn do czytania”.

Była to droga przez setki rozmów, spotkań i wydarzeń. Przez momenty pełne radości i te smutniejsze (może ktoś z Państwa pamięta jeszcze Tajfuna?), co jest stwierdzeniem trywialnym, a jednak pchającym się pod palce do zapisania.

Nie byłoby tej drogi bez wsparcia i pomocy – bliskich i przyjaciół, ale przede wszystkim wsparcia, które czuję zawsze, gdy widzę Wasze komentarze i zaangażowanie. Za to bardzo dziękuję. Czytelnik to zawsze największy sukces Autora.

Miłośnikiem pisania o własnym życiu nie jestem, bo nigdy mnie ono za bardzo nie interesowało. Życie mam w nadmiarze (taki los) i chętniej przyglądam się losom innych. Dlatego nie rzucę się w tym krótkim podsumowaniu na wynurzenia natury obyczajowej. Przez te dziesięć lat usłyszałem wiele i przeżyłem trochę, więc w świecie (nie tylko literackim) dziwi mnie niewiele, przejmuje jeszcze mniej. “I takie jest właśnie życie, prawda? Trochę osiągnięć, trochę rozczarowań”, pisał Barnes w “Poczuciu kresu”.

Chciałbym za to napisać, że przez te 10 lat nauczyłem się, że może mnie nie być.

Przez kilka lat byłem w sieci codziennie, po wielokroć. Bywałem też w miejscach, gdzie bywać się powinno i – ponoć – wypada. Dzisiaj już bywam niechętnie i uczę się, że mogę tu być wtedy, kiedy chcę.

“Wolałbym nie” Bartleby’ego stało mi się bliskie. Zwłaszcza, że bywanie w sieci łączy się z nieustanną presją obecności i posiadania myśli, zdania. A presja jest czymś, co i tak towarzyszy mi codziennie. Presja ze strony wydawców, autorów książek, autorów tekstów, redakcji, współpracowników… Dokładając do tego presję, którą potrafię sam na siebie nakładać, życie staje się nieznośne. A mnie nieznośne życie mało interesuje. Nie, żebym chciał tańczyć na środku chodnika z poczuciem lekkości bytu. Nie wymagam życia łatwego i lubię, gdy stawia opory (w ogóle lubię opór materii), ale postuluję dla siebie życie znośne.

Zatem w pierwsze dziesięciolecie bycia aż nadto, myśl o niebyciu bardzo mnie raduje. Co przyniesie los? Póki co przyniósł mi pracę z tekstami innych i niezwykłą frajdę, gdy wiem, że udało nam się połączyć temat i człowieka. A czasem nawet dwie osoby, jak w rozmowie Tomka Kwaśniewskiego z Agatą Romaniuk czy Renaty Lis z Jeanette Winterson. Radość z tego, że wspólnie wypracowany pomysł materializuje się w postaci tekstu, który porywa czytelników, jest czymś niezwykle ożywczym.

Na 10 rocznicę bycia i pisania o literaturze, przechadzałem się alejkami mojej ukochanej księgarni i kupiłem sobie dwie książki, których pewnie nigdy nie przeczytam. Być może tak wygląda spełnienie. Ale co ja tam wiem? Za dziesięć lat przecież mogę być w całkiem innym miejscu. I ta myśl najbardziej trzyma mnie przy życiu. Że jeszcze nic nie zamknięte, pointa nie napisana, morał nie wyciągnięty. Jeszcze kawałek do – jak pisał Barnes – “kresu prawdopodobieństwa, że cokolwiek można w tym życiu zmienić”. I już pewnie wiecie, czyje książki kupiłem.

Dziękuję za 10 lat i do zobaczenia jutro. A może pojutrze?
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Skąd się biorą dzieci? Podaj miasto